Jest jeszcze miejsce, gdzie nie dotarła pustka postchrześcijańskiego świata. Przynajmniej w Polsce. Tym miejscem jest cmentarz. Ateizmowi nie udało się jeszcze zdesakralizować śmierci. Ateizm ucieka przed śmiercią, odsuwając od siebie wszystko i wszystkich, którzy ją reprezentują, albo wobec niej obojętnieje. Cmentarz jednak nie pozwala tak łatwo odsunąć od siebie aury nadprzyrodzoności.
Rzeczą, która mnie niezmiernie dziwi, jest to, że mimo że na cmentarzu jestem regularnie i widziałem już setki, jak nie tysiące nagrobków, zauważyłem raptem może kilka, które nie miałyby krzyży. Rozumiem, że krzyż stał się także uniwersalnym w kulturze zachodniej symbolem śmierci, ale oprócz tego, że na granitowych pomnikach widnieje krzyż, jest też prawie zawsze jakaś nawiązująca do chrześcijaństwa sentencja. Gdy pewnego dnia znalazłem metalową różyczkę zamiast krzyża, zapytałem, kim był ów zmarły. Komunistą – usłyszałem w odpowiedzi.
Cmentarz jest swoistą paradą równości. Nikt tu nie maszeruje, raczej wszyscy leżą, skandując niemo hasła, krzycząc, że my też niedługo dołączymy do nich. Niektórych te słowa przerażają, kamienieją, gdy na równie kamiennej tablicy widzą puste miejsce, na której już niedługo będzie wyryte ich nazwisko z datą śmierci. Część ludzi patrzy zaś na granitowe pomniki mętnym wzrokiem, żyjąc w przekonaniu, że śmierć dotyczy wszystkich, poza nimi samymi, a jeśli już mają umrzeć, to za wiele, wiele lat.
Urzeka mnie widok ludzi, szorujących dokładnie na kolanach nagrobki swoich bliskich, choć nawet z religijnego punktu widzenia kilka ptasich odchodów i kupka liści na sarkofagu nie jest grzechem i nie obciąża nikogo, a zwłaszcza zmarłego, żadną winą. Ta kamienna płyta jest jednak symbolem. Ludzie, nawet deklaratywnie niereligijni, widzą w ten sposób możliwość pośmiertnego okazania dobra drugiej osobie. Na poziomie świadomości mogą nawet uważać, że ich bliscy już nie istnieją, ale podświadomość podsuwa im inne obrazy, na których ich dziadek lub mama przebywa sobie szczęśliwa na obłokach i cieszy się, że jej rodzina tak dba o miejsce ich pochówku. Wszystkie znicze, których kształt, wielkość, wygląd i umieszczone na nich napisy nie są przypadkowe, zagrabiana regularnie ziemia, a nawet posadzone kwiaty lub tuje, albo położona przy krzyżu paczka ulubionych cukierków zmarłego, są czasem nawet nieuświadomionym wyznaniem wiary w życie pozagrobowe. Nierzadko pisze się, że zmarli żyją w naszych sercach i pamięci, że pamięć nie umiera (a nieprawda, umiera). Te słowa wyrażają ukryte pragnienie, aby żyli oni nie tylko w naszych wspomnieniach, ale naprawdę. Tak bardzo tego chcemy. „Nie zapomnimy cię nigdy”, „Kochamy, tęsknimy, pamiętamy”, „Znikłeś nam z oczu, ale nie z serc” – te wzruszające wyznania mówią między wierszami, że nasz zmarły bliski potrzebuje naszej życiodajnej pamięci. Że nie zgadza się na to, aby traktować go jako niebyt. Nasza tęsknota za zmarłymi prosi się o jej zaspokojenie. Tak łatwo wtedy wierzyć, że „dzieli nas tylko czas”, i że „przy innym ogniu, w inną noc, do zobaczenia znów”.
Osoby religijne oprócz dbania o nagrobek nie zapominają także o modlitwie, która ma pomóc zmarłemu wydoskonalić się w czyśćcu, w którym może niestety być. Czasem zamontowywane są na zamówienie niewielkie ławeczki, na których można w spokoju pokontemplować i pomodlić się, przypominając sobie bliską osobę. Człowiek siedzący na takiej ławce sprawia wrażenie kogoś, kto przyszedł w gościnę, by porozmawiać w najlepsze i powspominać czasy, które już nigdy nie wrócą.
„Łza za zmarłymi wyparowuje, kwiat na grobie więdnie, modlitwa natomiast dociera aż do Serca Najwyższego” – te słowa Augustyna z Hippony zostały wyryte na nagrobku przy ganku, obok którego sporadycznie przechodzę. W innym miejscu rodzina zmarłego w jego imieniu zamieściła wypiaskowaną i pomalowaną farbą prośbę o modlitwę. Czasem tylko o jedno westchnienie. Taka żebracza prośba do przechodzących obok, jeszcze żywych. Chrześcijanie otwarcie mówią o życiu wiecznym, są jego pewni. Tak pięknie pewni. Nie mają żadnych skrupułów, by z bezczelną zarozumiałością pisać, że ich zmarły w tym oto miejscu oczekuje zmartwychwstania. „Ty już tam doszedłeś i nas to nie minie, ty jesteś już w domu, my jeszcze w gościnie”. Oto kwintesencja myśli chrześcijańskiej, zapożyczona między innymi z Listu do Hebrajczyków – jesteśmy pielgrzymami na tej ziemi, to zmarły, jeśli pominął czyściec, jest już w Domu. „W krainie życie będę widział Boga” – to zuchwałe stwierdzenie jest jak wyzwanie dla tych, co własne pokłady duchowości już dawno wyparli za pomocą rozumu.
Nie oznacza to, że chrześcijanie wolni są od cierpienia po śmierci bliskiego. Mają jednak tę możliwość, aby znaleźć sens w bezdusznej śmierci. Pociesza ich fakt, że wszystkie te wydarzenia nie przeciekają Bogu przez palce, są elementem jego wielkiego, zbawczego planu. „Nie pytam Boże, dlaczego go zabrałeś, lecz dziękuję za to, że nam go dałeś” – te słowa nie wypowiadają się same, nie wyskakują z ust, trzeba mieć dużo ufności w Opatrzność, prostej, szczerej, ale nie wiem, czy do końca prawdziwej. Z jednej bowiem strony wydarzenia zdają się wspierać ideę Boga pół-deistycznego, który ingeruje w świat materialny z wielkimi oporami, a mimo tego Kościół odcina się od tego pomysłu, przypisując Bogu znacznie większy wkład w naszą rzeczywistość. To dla mnie zagadka, którą próbuję rozwikłać, a mianowicie czy wierni przypisują Bogu działania, które rzeczywiście mają miejsce za Jego bezpośrednią interwencją, czy też nie. Moim zdaniem zdarzają się zdecydowane nadużycia w tej kwestii, a chrześcijanie wydają się być czasem przekonani, że Duch Święty wpływa na każdy nasz krok, gest, myśl. „Bolesne było nasze rozstanie, lecz taka była twoja wola Panie” – czy aby na pewno? Czy Bóg rzeczywiście wkłada każdemu w rękę świeczkę, która zgaśnie o określonej od dawna godzinie? Czy wszystkie wypadki, zawały, wszystko to jest wpisane w odwieczny zamiar Stwórcy? Sądzę, że nie. Mój pół-deistyczny obraz Boga zachęca mnie do patrzenia na swoje życie w sposób odpowiedzialny, a cierpienie, nieuchronne, jeśli nie powodowane przez człowieka, uznawać za przypadek. Wtedy żal do Boga jako potencjalnego sprawcy cierpienia jest znacznie mniejszy, można go obwiniać jedynie o to, że powołał mnie do życia w świecie, gdzie cierpienie wyskakuje zza każdego rogu. Łatwiej też wtedy myśli się o teodycei.
Jest też wiele innych aspektów, które chciałbym poruszyć, np. traktowanie nieba jako odpoczynek po ciężkim życiu. Bardzo ciekawa myśl, ale zupełnie nieprawdziwa. Rozumiem naturalne skojarzenia śmierci i nieba jako snu albo swobodnego „leżakowania” w chmurach, ale niebo nie będzie wiecznym odpoczynkiem, chyba że od cierpienia. Królestwo Boga będzie raczej nieustanną niemęczącą aktywnością, na wzór wiecznie działającego Boga. Nie będzie już to jednak aktywność chaotyczna, nieuporządkowana, niesatysfakcjonująca, jak to jest zwykle na ziemi. Nie dziwi mnie mimo to, że po tylu latach trudnego, pełnego zgiełku i zamętu życia chce się życzyć drugiej osobie „spokoju duszy”, odpoczynku.
Szczególnie motyw odpoczynku i snu pojawia się na nagrobkach dziecięcych. Rzewnym wzrokiem patrzę na te małe, kamienne kołyski, z których najdroższe dzieci swoich rodziców już się nie obudzą. Pewnie, że pociesza myśl, że dziedzice Królestwa Niebieskiego korzystają już ze swoich włości, ale nie przeszkadza to rodzicom żalić się, pisząc wobec Boga i ludzi, że za krótko byli dla nich radością. „Bóg zabrał Tadzinka, nie zabrał boleści” – co można jeszcze dodać do tego cichego, tak autentycznego żalu? Nie ośmieliłbym się nawet tłumaczyć, że ich skarb nie utracił człowieczeństwa na rzecz skrzydlatego małego anioła i wcale nie śpi. Niech już sobie Tadzinek i Hania będą tymi aniołkami, przynajmniej na czas żałoby dla rodziców.
Nie tylko śmierć dzieci zdaje się zbyt wczesna, ale także tych, którzy zginęli śmiercią tragiczną. Pisanie tej informacji na nagrobkach jest niczym innym, jak prośbą do ludzkości o lament nad ich bliskim, który odszedł zbyt szybko, a przy okazji jest pięknym prowokacyjnym pytaniem do Bożej Opatrzności. Choć muszę się zgodzić i z innym epigrafem, mówiącym, że śmierć nie jest nigdy punktualna, zawsze przychodzi za wcześnie. Nawet jeśli leżące pod tym nagrobkiem ciało przeżyło 63 wiosny.
Interesujące są też przyziemne ludzkie odruchy, na przykład żeby podkreślić rangę danej osoby. Tak, jakby śmierć laryngologa czy biologa była bardziej śmiertelna, a ich praca w zawodzie bardziej pracowita i zasługująca na większe uznanie. Dla rodziny jednak ważne jest podkreślenie, że ich dziecko było „kimś”, że nie przemknęło przez ten świat niezauważenie, że zasługuje na to, aby zatrzymać się nad jego losem, choćby był to „tylko” „magister farmacji i student prawa”. Najczęściej podkreśla się i tak, najbardziej mym zdaniem zasłużenie, udział w powstaniach i bitwach za nasz kraj. Nagrobki tych ludzi, często już stare, z krzyżem i przewieszoną przez niego biało-czerwoną opaską, są wielkim przypomnieniem dla nas, którzy nie zaznaliśmy okrucieństwa wojny. Są wołaniem o wdzięczność, są prośbą o opamiętanie, a w końcu są i jednym wielkim apelem: Nigdy więcej wojny!
Zakończę te cmentarne rozważania trapiącym mnie konfliktem wewnętrznym, jakim jest najpopularniejsze na nagrobkach Ave Maria czy też Zdrowaś Maryjo. Osobiście nie chciałbym na granitowej tablicy, pod swoim imieniem i nazwiskiem, zastępować akt strzelisty zwrócony do Boga pozdrowieniem człowieka, nawet jeśli jest nią Maryja. Nie chciałbym traktować ją jako Charona przewożącego mnie do Boga, ona nie jest moją pośredniczką, nie jest moją Panią, już bardziej nieobecną na pierwszy rzut oka matką, co może oznaczać, że jest najbliższą mi (jakkolwiek by to rozumieć) osobą w niebie. Wolę zdecydowanie piękne „Jezu ufam Tobie” siostry Faustyny Kowalskiej.
