Pragnę religii i boję się religii

Boję się ludzi, którzy zbyt odważnie uważają się za powołanych do egzekwowania Bożego Prawa. Kiedyś często w kompetencje Wszechmocnego wchodzili przedstawiciele instytucjonalnego katolicyzmu, którym wydawało się, że ich wola jest Jego wolą. Zadawali cierpienia innym, tłumacząc sobie, że są tylko karzącą ręką Stwórcy. Dziś ich potomkowie ograniczają się co najwyżej do wygłoszenia Bożego wyroku. Wśród takich heroldów chodzi mi się bezpiecznie, a nawet przychodzi chęć, aby złożyć apelację od ich niebiańskiego osądu. Boję się jednak zachodnich ideologii, które jakby oszalałe brakiem wiecznego światła za prawdziwe uważają żenująco fałszywe naukowo koncepcje. Straszy bardziej, niż śmieszy ich dogmatyczne przekonanie, bo widząc ich misyjny zapał, przeczuwam, że chętnie zrobiliby krzywdę wszelkim heretykom. Żałuję ich, ale i obawiam się, gdy widzę ich reakcje na ludzkie ciche „śmiem wątpić”.

Przed nową religią stajemy, która czci relatywne prawdy, prawdy, które jednak nie mogą wyjść poza sensus fidei jej wyznawców. Prawdy, które w końcu są fałszem. „Interpretuj tak, jak my, a wtedy będziesz ortodoksyjny. Każdy, kto się z nami nie zgadza, jest herezjarchą, którego dla świętej sprawy trzeba zniszczyć” – taka religia przeraża mnie niezmiernie.

Inną niebezpieczną religią jest islam. Oparty na Koranie, z którego można wyczytać wszystko, co się chce, ale przede wszystkim to, żeby naśladować proroka Mahometa. Krytyczne opracowania islamu pokazują, jakim to człowiekiem był ów święty prorok. Bałbym się wpuścić go do domu, a co dopiero przyjąć jego religijny światopogląd. Obawiam się, że islam może wyrządzić ludziom jeszcze wiele krzywd, których nie przestaje czynić i teraz.

Natomiast badania wykonane przez Pew Research Center pt. „The Future of World Religions: Population Growth Projections, 2010–2050” wysnuwają bardzo ciekawą koncepcję: Ateiści, agnostycy i inni ludzie, którzy nie są powiązani z żadną religią – choć ich liczba wzrasta w krajach takich jak Stany Zjednoczone i Francja – będą jednak stanowić coraz mniejszy procent w całkowitej populacji świata. Zza naszego okna wydaje się, że zwycięży bardzo nielubiany przeze mnie zamknięty racjonalizm, który neguje, że może być coś ponadnaturalnego. Po bliższej analizie sądzę jednak, że wygrają religie, jako że człowiek jest z natury osobą religijną, a głód transcendencji jest absolutnie powszechny na całym świecie. W gruncie rzeczy cieszę się, że tak jest, o ile utrzyma się w nich katolickie fides et ratio. Co na przykład w przypadku islamu często jest niemożliwe. I jest to coś, co tak bardzo zniechęca mnie w innych religiach, a tak bardzo pociąga w katolicyzmie, który z rozumem pragnie coraz bardziej zawierać przyjaźń. Boję się, że naturalna potrzeba religii zostanie wynaturzona i przekształci się albo w skarłowaciałe moralnie doktryny, albo przerodzi się w ideologie, które łączyć będzie jedno – nienawiść dla niewiernych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *