Hierarchia w niebie i nadczłowiek

Koncepcja hierarchii w niebie jest mym zdaniem płytka i opiera się na kruchych fundamentach. Oczywiście, że stosowne fragmenty w Biblii zdają się wspierać tezę o hierarchii, jednomyślna zdaje się też być tradycja, ale na szczęście tylko ludzka. Myśl teologiczna ewoluuje, podobnie jak świat stworzony. Bóg ma zadziwiające upodobanie do ewolucyjnych procesów. Pokazuje to oczywiście proces rozwoju Wszechświata, ale w mniejszym stopniu może być to np. piękny i inspirujący obraz ziarna zasadzonego w ziemię, które po wykiełkowaniu staje się czymś zupełnie innym, mimo że byt w swej istocie się nie zmienia. Innym przykładem jest rozwój człowieka od życia płodowego aż do starości.

Myślano na ogół, że niebo będzie końcowym rozliczeniem, sprawiedliwą odpłatą. Na ziemi mogły szerzyć się nierówności i niesprawiedliwości, ale niebo miało być wreszcie wymarzoną chwilą, w której wielki Pan i Sędzia odda wszystkim to, na co zasługują. Na co zasłużył w taki razie poroniony mały chłopiec? Nie wiem, czy brano go w ostatecznej dystrybucji dóbr pod uwagę. Ach, no tak, przecież był jeszcze ten cały limbus puerorum, hipoteza, która nie wytrzymała krytyki i czeka ją to samo, co niespotkaną przeze mnie jeszcze w żadnym dokumencie kościelnym doktrynę, ale szeroko zakorzenioną w chrześcijańskich umysłach – doktrynę hierarchii w niebie.

Jezus mówił o mniejszych i większych w królestwie niebieskim, ale nie jestem zdania, że przedstawiał w tym momencie jakąś ważną doktrynę, raczej posługiwał się, gdy to mówił, językiem obrazowym i hiperbolą, aby uzyskać konkretny efekt u słuchaczy. Chciał za pomocą perswazji przekonać ich, że nie jest przeciwnikiem prawa żydowskiego, ale wręcz przeciwnie – przyszedł je wypełnić. Wątpię, aby w ten sposób chciał poinformować o tym, że niebo będzie hierarchiczne. Podobnie, gdy mówi, że Jan Chrzciciel mimo swej wielkości jest mniejszy od najmniejszego w królestwie niebieskim. Znów nie widzę tu doktryny o hierarchii, ale raczej obrazowe przedstawienie faktu, że osoby będące w niebie są zdecydowanie doskonalsze w swej istocie niż „żyjący” ludzie. Innym fragmentem jest fragment listu Pawła z Tarsu do Koryntian, gdy pisze o innej chwale/blasku (δόξα) gwiazd czy innym ciele istot. Używa on jednak wtedy słów, które podkreślają raczej różnorodność – καὶ ἄλλη δόξα (inny blask) ἀστέρων· ἀστὴρ γὰρ ἀστέρος διαφέρει ἐν δόξῃ (różni się blaskiem). Nawet jeśli porównuje blask słońca z blaskiem księżyca czy innych gwiazd, które z perspektywy Pawła dają słabsze światło, to postawiłbym tu hipotezę, że chce on nadal podkreślić różnorodność ludzi, a używa tego porównania z tego prozaicznego powodu, że nie znalazł lepszego. Przekonują mnie do tego po części jego wcześniejsze słowa, gdy dosłownie kilka wersetów przedtem mówi, że Bóg daje każdemu takie ciało, jakie zechciał – ὁ δὲ θεὸς δίδωσιν αὐτῷ σῶμα καθὼς ἠθέλησεν, καὶ ἑκάστῳ τῶν σπερμάτων ἴδιον σῶμα. Postawię więc tezę, że Paweł nie wartościuje tu ludzi zmartwychwstałych na lepszych i mniej lepszych.

Moje sensus fidei, co do którego podejrzewam, że stanie się z biegiem czasu coraz powszechniejsze, z racji rosnącej solidarności międzyludzkiej, nakazuje mi wręcz uważać koncepcję nieba hierarchicznego za dzieło niedoskonałej i archaicznej myśli teologicznej. W tym jednak przypadku nie poprzestanę jedynie na zanegowaniu pewnej teorii, ale przedstawię również własną, mym zdaniem zdecydowanie doskonalszą koncepcję, która może być dobrym zamiennikiem dla koncepcji hierarchicznego nieba. Wyjdę w swym rozważaniu od filozofii Friedricha Nietzschego i Carla Junga, a mottem niech będzie mi zacytowane wyżej zdanie Pawła z Tarsu – ὁ δὲ θεὸς δίδωσιν αὐτῷ σῶμα καθὼς ἠθέλησεν, καὶ ἑκάστῳ τῶν σπερμάτων ἴδιον σῶμα, co tłumaczy się: Bóg zaś daje mu takie ciało, jakie chce, i każdemu z nasion właściwe ciało.

Nietzsche zużył wiele energii, pisząc o nadczłowieku. Jego super człowiek był jednak w rzeczywistości mizerny, słaby, bo gardzący słabymi, niepotrafiący się litować, przypominał bardziej zakompleksionego szkolnego łobuza, który wyżywa się na innych, kompensując sobie w ten sposób swoje braki. Jest nieempatyczny, ma manię dominacji nad innymi, jest nierelacyjny, bo niezależny od nikogo. Nietzsche miał dobrą intuicję, gdy pisał, że człowiek z natury dąży do postępu (tudzież świętości), do stania się nadczłowiekiem. Jednak kierunek rozwoju, który proponuje Niemiec, jest w zasadzie upadkiem człowieka, a nie jego wywyższeniem. Bliżej prawdy jest już Jung, który pisał, że ludzie w fazie religijnej dzielą się na trzy grupy. Pierwsza z nich stanowi ludzi wtopionych w zbiorowość, przynależnych do jednej z większych religii, druga to ludzie, którzy uważają, że doktryny religijne nie potrafią już wyrazić właściwie ich doświadczenia religijnego oraz trzecia, do której należą swoiści wybrani, którzy przezwyciężają neurotyczny konflikt pomiędzy tym, co świadome, a nieświadome, potrafią wyjść z tego nerwicowego stanu i połączyć obie świadomości, nabywając umiejętność tworzenia nowych symboli i opisywania doktryny swych przekonań religijnych w nowy, doskonalszy sposób. Jung w swojej metodzie psychoterapeutycznej chciał, aby jego pacjenci doszli do doskonałości osobistej. Podobnie, jak chce tego chrześcijaństwo.

Błąd, który popełniają wyznawcy hierarchicznego nieba, polega na tym, że wydaje im się, że życie jest konkursem, biegiem, w którym wszyscy biegną do tej samej mety. Kto dobiegnie do niej z szybszym czasem, ten będzie miał bardziej pachnący wieniec laurowy. Lubiany przeze mnie za swoją mądrość i refleksyjność o. Jacek Salij myli się moim zdaniem, gdy pisze, powołując się na Teresę od Dzieciątka Jezus (choć odzwierciedla przy okazji ogólne, przestarzałe już koncepcje na ten temat):

Właśnie święta Teresa bardzo prosto to wyjaśniła. Kiedy wlewasz wodę do małych i większych kubków, i jeszcze do garnków różnej wielkości, i wszędzie nalejesz do pełna, to jednak w jednych naczyniach wody będzie więcej niż w innych. Ale we wszystkich będzie do pełna.

Słusznie ojciec dominikanin zauważył, że w niebie nie będziemy odczuwać niedosytu szczęścia, ale cała ta struktura nie odzwierciedla mym zdaniem rzeczywistości duchowej. Znowu pojawia się tu bowiem koncepcja biegu wszystkich ludzi, w których każdy sam zapracowuje sobie na swój czas, a w konsekwencji na ilość niebiańskiego szczęścia. Sam decyduje o tym, jakim będzie garnkiem, i na ile wody zapracuje sobie swoją miłością na ziemi. W takim rozumieniu Maryja jest najbardziej szczęśliwa, bo pobiegła w swym bezgrzesznym biegu najszybciej, jak to tylko możliwe. Osiągnęła więc czas zero. Szybciej nie mogła już pobiec. Jest więc największym możliwym garnkiem, garnkiem doskonałym. Dostała oczywiście fory w postaci łaski niepokalanego poczęcia. Tak to już jest. Inni są predestynowani do bycia wielkim garnkiem, a inni muszą sami starać się w tym biegu, nie licząc przeważnie na jakiś dobry, wielki garnek, raczej na mały garnuszek, który nierzadko trzeba będzie jeszcze szorować z brudów w czyśćcu. Tak to już jest. Ciekawe, jaki poziom szczęścia osiągnie sobie poroniony płód. Albo człowiek ze znacznym upośledzeniem umysłowym.

Moja koncepcja także nie odpowiada na tę wielki dylemat losu ludzi zmarłych „przedwcześnie” lub niemających świadomości z powodu choroby. Uważam ją jednak za bardziej odpowiadającą rzeczywistości. Zakłada ona, że każdy człowiek został powołany przez Boga do zostania garnkiem doskonałym. Bóg nie tylko wlewa w człowieka potencjał bycia garnkiem doskonałym, ale również nie godzi się, aby został innym, mniejszym garnkiem. Nie ma jednego garnka doskonałego, tak, jak nie ma drugiego takiego samego człowieka. Maryja jest uważana za najbardziej szczęśliwą w niebie, bardziej od innych, lecz nie uważam to za prawdę. Maryja jest szczęśliwa doskonale, bo Bóg dał jej całe możliwe szczęście. Tak samo doskonale szczęśliwy będę ja lub ty. Sam O. Salij to potwierdza, twierdząc, że każdy będzie tak samo usatysfakcjonowany. Po co więc jeszcze próbuje dzielić sztucznie ludzi na mniej lub bardziej szczęśliwych? Jak w ogóle można dzielić niebiańskie szczęście na większe i mniejsze? Będziemy je odmierzać garnkami? Gdy widzimy dwóch ludzi w euforii, wykrzykujących z radosnego uniesienia, nie będziemy nawet próbowali silić się na zgadywanie, która z tych osób jest bardziej w tym stanie szczęśliwa. Nie ma bowiem żadnych kryteriów, by to zrobić.

Dlatego Bóg powołuje każdego człowieka, w sposób indywidualny, do określonego stanu, które nazwę szczęściem doskonałym. Ma ono być tak samo doskonałe, jak szczęście innych, ale odcień tego szczęścia będzie inny, niepowtarzalny. Nie ma jednak mowy o wartościowaniu tego odcienia na lepszy lub gorszy, tak samo, jak nie mówi się, że czerwony jest o dwadzieścia procent świętszy od niebieskiego. Człowiek, który nie zdoła z pomocą Bożej łaski uświęcić się na ziemi, będzie uświęcał się w czyśćcu, aż osiągnie zaplanowany przez Boga stan niepowtarzalnego dla niego doskonałego szczęścia. Stanie się nadczłowiekiem. Bo człowiek jest w takim stopniu nadczłowiekiem – czyli w pełni człowiekiem, jakim był Chrystus, ale i jak sądzę Maryja – w jakim uświęcił się już do zaplanowanego przez Boga poziomu.

Nie zgadzam się z teoriami, które mówią, że człowiek sam sobie zgotuje określony poziom niebiańskiego szczęścia. Jestem zwolennikiem idei, że człowiek został już przez Boga, w jego odwiecznym zamiarze powołany do określonego, doskonałego, przeznaczonego tylko dla niego stanu, do którego musi przygotować się poprzez oczyszczanie swojej osoby. Ta teoria jest oczywiście podatna na krytykę, którą będę brał z całą starannością pod uwagę. Na pewno jednak za niewystarczający głos w dyskusji uznam objawienia prywatne, choćby były tak bardzo szanowane, jak św. Faustyny Kowalskiej. Przytoczę je tutaj na zakończenie i odniosę się do nich pokrótce:

[Faustyna przypisuje te słowa Jezusowi] Widzisz, te dusze, które są podobne w cierpieniach i wzgardzie do Mnie, te też będą podobne i w chwale do Mnie, a te, które mają mniej podobieństwa do Mnie w cierpieniu i wzgardzie – te też będą miały mniej podobieństwa i w chwale do Mnie.

Zakładając, że Faustyna rzeczywiście poprawnie zinterpretowała wewnętrzną lokucję jako głos Jezusa, można by pomyśleć, że ów domniemany Chrystus nie wspiera mojej teorii. Prawdopodobnie taka jest poprawna interpretacja tego tekstu, nie potrafię jej naciągnąć do mojej idei, nie odczuwając przy tym wyrzutów sumienia. Czy więc rzeczywiście traktować tę jedną wypowiedź, o kontekście i intencjach mówiącego nie w pełni poznanych, jako wyrocznię? Każdy, kto czyta sporo mistycznych lektur (mam na myśli te, cieszące się autorytetem kościelnym), szybko zauważa, że Jezus – może tylko pozornie – wydaje się sprzeczny sam ze sobą, o przeróżnym charakterze, często dopasowanym do mistyka. Wiem, że Bóg gaworzy z dzieckiem i przemawia z filozofem, ale tak, jak czytając synopsę Ewangelii, widzę spójność, tak po zestawieniu pism mistycznych widzę niejasności i sprzeczności. Straciłem zaufanie do tego typu lektur, zupełnie przestałem się też dziwić, że Kościół katolicki nie daje im dostępu do bram depozytu wiary. Wierzę, że Kościół rozeznał świętość Faustyny poprawnie, a jej „Dzienniczek” aż bije miłością do Boga i do ludzi. Faustyna była osobą dobrą, szlachetną, życzącą wszystkim szczęścia. Jednak w jej duchowości jest wiele rzeczy, które aż krzyczą, że są niezdrowe, chore, wypaczone. Wykastrowała własną seksualność, uważając ją za grzeszną samą w sobie, cierpiała na skrupuły, perfekcjonizm, miała elementy wskazujące na jakiś rodzaj pragnienia wielkości, przechodziła stany przypominające chorobę dwubiegunową. To nie była prosta dziewczyna, ale bardzo inteligentna emocjonalnie, wrażliwa, refleksyjna. Niestety, jej religijność była neurotyczna, mimo że szczera i nieobłudna. Obraz Boga, który miała, jest pomieszaniem agresywnego Ojca i łagodnej matki. Dlatego nie uznaję prędko za autorytatywne jej wypowiedzi, nawet jeśli przypisuje je Jezusowi. A już zupełnie krytycznie podchodzę do fragmentów, w których Faustyna powołuje się na swoje wewnętrzne, rzekomo boskie poznanie, jak niżej:

(…) chociaż wybrani w niebie widzą twarzą w twarz Boga i są zupełnie szczęśliwi, absolutnie – jednak ich poznanie Boga nie jest równe, dał mi to Bóg poznać. To głębsze poznanie zapoczątkowuje się tu na ziemi miarą łaski, ale i w dużej mierze zależy od naszej wierności tej łasce.

Poznałam w Sercu Jezusa, że dla dusz wybranych jest w samym niebie niebo, gdzie nie wszyscy wstęp mają, ale tylko dusze, wybrane. Niepojęte szczęście, w którym dusza zatopiona będzie.

O Trójco Święta, Boże Wiekuisty, dziękuję Tobie, żeś mi dał poznać wielkość i różnicę stopni chwały, która dzieli dusze. O, jak wielka różnica jest pomiędzy jednym stopniem głębszego poznania Boga. – O, gdyby to dusze wiedzieć mogły. O Boże mój, gdybym mogła uzyskać jeden z nich więcej, chętnie bym poniosła wszystkie męki, jakie wycierpieli męczennicy razem. Naprawdę, wszystkie te męki wydają mi się niczym w porównaniu z chwałą, która nas czeka przez całą wieczność.

4 thoughts on “Hierarchia w niebie i nadczłowiek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *