Dobroludzizm to popularny ostatnio neologizm, który oznacza pewną teologiczną teorię, głoszącą, że do osiągnięcia zbawienia wystarczy być dobrym człowiekiem.
Krytykowana jest szczególnie zawzięcie przez uważających się niesłusznie za katolickich ortodoksów. W dobroludzizmie widzą znak czasu, rozwodnienie Ewangelii, protestantyzację Kościoła. Tam, gdzie oni dostrzegają zagrożenie, ja widzę nieśmiałą nadzieję, że świat może stać się lepszym miejscem. Zbyt długo już akcentowano ważność deklaratywnych poglądów kosztem czynów. Nie jest wprawdzie dla mnie błahy spór o subordynacjonizm czy odpusty, jestem bowiem miłośnikiem prawdy. Chcę jednak potępić zachowanie tych, którzy na przestrzeni historii czynili sobie nawzajem krzywdę z powodu odmienności religijnych poglądów, uważając się za adwokatów Boga. Takie akty są skutkiem myśli przeciwnej dobroludzizmowi – myśli, że zbawienie jest tylko dla ortodoksyjnie wierzących. „Choćby też i całe życie był cnotliwy – odparł surowo zakonnik – byłby i tak potępion, albowiem żył za pogańskich czasów i chrztem świętym nie został z pierworodnego grzechu obmyty” – taki pogląd wyczytany w szkole podstawowej z „Krzyżaków” Sienkiewicza bardzo mnie zadziwił, aż przeraził, tak, że pamiętam go po dziś dzień. Dobroludzizm odpowiedziałby zakonnikowi: „Jeśli był dobrym człowiekiem, będzie zbawiony”. Z mojej perspektywy jednak i ten punkt widzenia jest błędny. Ja bowiem jestem przekonany, że zbawiony będzie ten, kto będzie chciał, z tą różnicą, że w przypadku braku potrzebnego oczyszczenia swojej osoby do nieba przejdzie się przez stan czyśćcowy. Wolę mimo tego żyć w świecie, gdzie przeważa dobroludzizm. Jest mniej niebezpieczny i gwarantuje ludziom mniej cierpienia. Wprawdzie ma zbyt dużo punktów wspólnych z doktryną reinkarnacji lub sądem Ozyrysa, ale lepsze to niż przekonanie o zbawieniu dzięki ortodoksji, będące fundamentem sekciarskich gnostyckich doktryn.
Dostrzegam poparcie dobroludzizmu przez Jezusa w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie – a według doktryny judaizmu był to heretyk. Jezus przeciwstawił go dwóm ortodoksom – lewicie i kapłanowi żydowskiemu. Samarytanin mimo bycia heretykiem jest postacią pozytywną, bo okazał się zwyczajnie dobry. Załóżmy, że ten Samarytanin jest postacią autentyczną. Być może do końca życia nie przyjął formalnie chrześcijaństwa – bo na przykład nie zdążyło do niego dotrzeć echo dobrej nowiny albo słysząc o Chrystusie – nie uznał go za Boga. Może kierował nim strach przed reakcją współplemieńców, a może odczucie niedorzeczności nowej religii. Czy jednak skażemy go na piekło z tego powodu? Człowieka, który przerwał swoją podróż, ze wzruszeniem opatrzył rannego, zaniósł go do gospody i opłacił jego leczenie? Chcąc nie chcąc, przypominają się słowa Jezusa o tych, którzy innym nieba zabraniają, a sami do niego nie wchodzą.
Chciałbym, żebyśmy widząc Hindusa lub Afgańczyka, nie myśleli wpierw o tym, że nie wyznaje naszej doktryny, ale zastanowili się, czy ten człowiek opatrzy nas i zawiezie do szpitala, gdy będziemy ranni. Jeśli tak, to nie martwiłbym się szczególnie o niego. Nawet jeśli myli się co do prawd dla nas fundamentalnych.

Bardzo słusznie – pełna zgoda.
Gdyby to jeszcze kogoś nie przekonywało, można dorzucić jeszcze jedną kwestię:
Piekło jest NAJSUROWSZĄ możliwą karą, zatem nie może dotykać ludzi, żyjących po prostu normalnie i robiących normalne, życiowe błędy. W takim przypadku do Piekła szli by wszyscy lub większość, bo każdy popełnia błędy. A to byłoby sprzeczne zarówno z boskim miłosierdziem jak i sprawiedliwością.
W tym rozumieniu PIEKŁO JEST DLA ZBRODNIARZY, a 99% pozostałych idzie do Nieba – OK, część z nich zahacza po drodze o Czyściec, ale cel jest ten sam.
Pozdrawiam.
Piekło nie jest karą. Bóg jest dobrem i sprawiedliwością. Przygarnia ludzi do siebie, a pozostałym mówi „Nie znam Cię” (patrz Słowa Chrystusa). Duszyczka, która nie weszła zostaje sama, ale nie do końca sama bo tamten świat należy do demonów i biorą sobie w posiadanie tę ludzką istotę, którą nienawidzą. Piekło jest wyborem, nie karą, jest konsekwencją woli szatana. Według Starego Testamentu do szeolu trafiali niemal wszyscy, źli i dobrzy, wszyscy którzy nie służyli Bogu, wszyscy którzy cokolwiek nie spełnili z dekalogu. Teraz trafiają tam tylko Ci którzy nie mają przebaczone grzechów przez Chrystusa (na mocy nowego przymierza). Nadal trafiają tam dobrzy i źli ludzie, bo ci dobrzy także łamią zasady przymierza. Chrystus nad wyraz wyraźnie określił warunki.
Dobroludzizm nie wystarczy, owszem dobro dla ludzi jest wskazane, ale nie jest warunkiem, a już na pewno nie może stanowić podstawy religii, która nie jest zwodnicza. Ograniczenie się do dobroludzizmu to zamknięcie koniecznych do zbawienia dróg. To także wybór.
Autorowi tekstu obrona dobroludzizmu powiem, że Chrystus nie powiedział że dobry Samarytanin będzie zbawiony, zaś łotrowi który wisiał obok obiecał pobyt w raju. Okazuje się łotr, nierządnica i wszyscy którym grzech odpuścił, bo żałowali, spełnili warunki przymierza, zaś o dobrym Samarytaninie nic nie wiemy. Nadużyciem jest sugerowanie że to ludzie skazują samarytanina na piekło, nic o nim nie wiemy, oprócz tego że pomógł rannemu nie wiemy nic, nie znamy jego wyborów. To nie fair w obronie dobroludzizmu oskarżać o chęć pakowania do piekła Samarytanina, czy współczesnych wyznawców dobroludzizmu, to zwykły szantaż moralny.
Do nieba nieba nie wejdzie ten który będzie chciał, tylko ten, który dokona wyboru drogi. Samo chcenie na nic się zda. Stan czyśćcowy nie jest miejscem do załatwiania rozbieżności pomiędzy pragnieniem komfortu w niebie a wyborem złej drogi. Patrz przypowieść o pannach roztropnych i nieroztropnych. Kto nie spełni wymagań Chrystusa nie dostanie się.
Kościół i kler krytykują dobroludzizm z prostego powodu – bo ci „dobrzy ludzie” nie pomnażają majątku kościoła! Jaki pożytek ma z nich ta bizantyjsko-feudalna organizacja? Żaden! Co nas to obchodzi ze może i sa dobrzy, ale nie maja swoistej „licencji”!
Musze tu wspomnieć o anegdocie jakiej byłem świadkiem w czasie studium wojskowego na UW. Było to we wczesnych latach 80, atmosfera była luźna, bo Solidarność, bo odkręcili śrubę. I na zajęciach z politrukiem studenci mówili, że prawdziwy socjalizm to jest w Szwecji a nie w ZSRR – olbrzymie świadczenia socjalne, wiele rzeczy za darmo, wolność, itp. Na to politruk miał gotową odpowiedź: „Ale Szwedzi nie mówią że budują socjalizm!” Czyli nie sa ważne fakty, ale narracja. Tak samo jak tu.