Carl Gustaw Jung wpisuje się bardzo dobrze w archetyp heretyka-gnostyka, z którym to Kościół katolicki zmagał się już właściwie od pierwszego wieku. Jeśli mamy być konsekwentni, to zasługuje właściwie na takie samo potraktowanie, na gromką ekskomunikę i spalenie dzieł. Jednak zanim ostatecznie rozwieją się popioły eseju „Odpowiedź Hiobowi” (Antwort auf Hiob), warto by zapoznać się z jungowskimi teoriami, które są w niej zawarte. Zaiste, Jung to heretyk, ale błędnowiercy cechują się tym, że ich myśli są niezwykle przenikliwe, do bólu szczere, wołające aż o zatrzymanie się nad nimi. Heretyk to nie jest zwykły sekciarz. Zdecydowanie bardziej zależy mu na prawdzie, płacze nad ludźmi żyjącymi w kłamstwie, oczyszcza swoją doktrynę z niewidzialnych brudów fałszu i niedopowiedzeń. Jung opisuje Jahwe, Hioba, Chrystusa i Jana, autora apokalipsy w sposób wzruszająco wyjątkowy, arogancki i zuchwały, ale zarazem świeży, okraszony długą, starczą już refleksją. Jego najważniejsze sądy biją po oczach swą oryginalnością i bystrością, nawet jeśli wydają się być oderwane od rozumu i zdaje się, że autor – ach, przełamię się i użyję tego paskudnego kolokwializmu – odleciał. Odloty Junga nie są jednak pierwszymi lepszymi, zwłaszcza gdy staje nam przed oczami jego życiowy dorobek. Gdy Szwajcar pisze, od razu wyczuwamy, że jest w tym coś kontrowersyjnego, może czasem idiotycznego, ale jakże często profetycznego. Ze zdziwieniem zauważyłem, że wcześniejszy czytelnik trzymanego przeze mnie eseju tego psychologa podkreślał prawie zawsze te same fragmenty, które i mnie wydawały się ważne.
Myśli Junga konsekwentnie trzymają się poglądu, że fizyczność nie ma monopolu na bycie prawdziwym. Uważał on psychikę za coś równie rzeczywistego, jak ruch uliczny. Stąd nie twierdził, że wierzy w Boga, ale że na podstawie całego swojego życia przekonał się, że on z pewnością istnieje. Pojmował go jednak mocno nieortodoksyjnie, co jest najbardziej dla mnie fascynujące. Tylko heretyk był w stanie wytrzymać ciężar bojaźni bożej i odważyć się przeprowadzić psychoanalizę Boga. Chrześcijanin uległby strachowi przed bluźnierstwem, a racjonalista zastrzeliłby pacjenta i pogrzebał go siedem metrów pod ziemią, zanim Ten zdołałby powiedzieć choć słowo.
Jung podobnie jak ja lubi widzieć w Piśmie Świętym bardziej duchową część niż tę historyczną, fizyczną, choć znacznie bardziej ode mnie – z oczywistych poglądów – zmierza w stronę psychologizmu, co sprowadza go na manowce myślenia, skażone osobistą, subiektywną koncepcją psychoanalityczną. Mimo tego podejścia zadziwiająco poważnie podchodzi do krzywdy, jaką Bóg obiektywnie wyrządził Hiobowi, traktując ją tak, jakby Boża zabawa losem człowieka, jaką przedstawia Księga Hioba, odbyła się rzeczywiście, w sposób historyczny. Tak rozumując, dokonuje analizy Jahwe i Jezusa, próbując dowieść po gnostycku, że Bóg Starego Testamentu i Nowego to ten sam Bóg, jednak antynomiczny, pełen wewnętrznych konfliktów, z których sam nie zdaje sobie sprawy.
Jego psychoanaliza Jahwe jest bezlitosna. Jest wszechwiedzący, ale niezdolny do refleksji; niemogący sam z siebie osiągnąć szczęścia, potrzebujący nieustannego dowartościowania przez ludzkie pochlebstwa; karzący nazywać się dobrym i sprawiedliwym, zarazem będąc gniewem i zemstą w czystej postaci. Najbardziej jednak pionierska wydaje się myśl, że Hiob jako bohater literacki prosi Boga, aby ten obronił go przed samym sobą. Bo tak rzeczywiście jest. Mieszkaniec ziemi Us (w LXX Αυσίτιδι) odwołuje się do sprawiedliwego Jahwe, by ten obronił go przed Jego ciemną stroną, która jest pełna psychoterapeutycznych konfliktów. Bóg nadawał się na kozetkę, ale był zbyt silny i wszechmocny, aby ktoś mógł mu pomóc. Jung podaje przykłady, jak Jego chora osobowość powoduje u ludzi wielorakie cierpienia. Zwraca uwagę na fakt, że JHWH w przeciwieństwie do pogańskich bogów chorobliwie interesuje się człowiekiem, oczekując od nich niekończących się hymnów uwielbienia. Przede wszystkim jednak cechuje się znacznie niższą moralnością od ludzi, którzy paradoksalnie oczekują od niego czegoś odwrotnego. Jest kłamliwy i przypisuje ludziom grzechy, z którymi sam się zmaga. A na szczególne potępienie zasługuje Jego uległość szatanowi. Jung ma z tym problem, nie wie, dlaczego szatan jeszcze ma prawo siać zamęt i zło. Odpowiedź znajduje po gnostycku, to jest podejrzewając współpracę szatana i Boga. „Jakie są przyczyny denerwującej cierpliwości, którą Bóg okazuje szatanowi?” – pytanie nieobojętne. Szwajcar pięknie podsumowuje to porównaniem, że ta sytuacja przypomina gospodarza, który powstrzymał swojego szalejącego psa przed atakami na ukochanych ludzi i każe wszystkim świętować z tego powodu, by następnie znów wypuścić tegoż psa na wolność.
W czym problem? Jung jest przekonany, że Jahwe przedstawiony przez świetnego skądinąd literata, autora Księgi Hioba, jest Bogiem faktycznym. Nie widzi granicy pomiędzy Bogiem rzeczywistym a Bogiem autora Księgi Hioba. Robiąc psychoanalizę postaci literackiej, zdaje się być przekonany o tym, że mówi o prawdziwej osobie. Natomiast kiedy potraktuje się opisy Boga ST jako nieudolne, z czasem coraz to doskonalsze koncepcje absolutu, które ewoluowały od początku ludzkości, przez Wcielenie i założenie Kościoła Jezusa Chrystusa, aż do dziś, gdzie są poddawane w kluczu Chrystusowej hermeneutyki nieustannej reinterpretacji, problem znika. Gdyby Jung rozumował w ten sposób, z pewnością jego charakterystyczny, dobrze mi znany „żal do Boga” i „gniew na Boga” zostałby złagodzony. Nawet jeśli w ten sposób nie rozwiązałby zagadnienia cierpienia i pytania, które mnie przenika do szpiku kości, a mianowicie dlaczego relacja z Bogiem przetrwała czyste zło w postaci obozów koncentracyjnych i łagrów. Zdałby sobie wtedy sprawę, że nieuprawnione jest wyciągać na podstawie Biblii wniosku, że Bóg nie jest czystym dobrem, ale istotą, którą można wprawdzie kochać, ale trzeba się jej przede wszystkim lękać.
Wracając do koncepcji Junga, szczególnie zatrwożyła mnie i zaciekawiła (doświadczyłem więc jakby jungowskiego numinosum, prawda?) teoria, że Bóg chciał stać się człowiekiem, aby odkupić swoje winy, które wyrządził przez wieki wielu ludzkim Hiobom. Trudno jest komentować takie teorie, trzeba je chyba po prostu zostawić i podziwiać z szacunkiem jako eksponat, przedstawiający zadziwiające tory, po których może biec skażona różnymi prądami umysłowymi myśl ludzka. Komentarzem opatrzę za to takie stwierdzenie Junga: „Cóż to bowiem za ojciec, który gotów jest raczej zabić swego syna, niż wspaniałomyślnie wybaczyć swym stworzeniom, które dały się skusić złym radom jego innego syna, szatana? Czego ma dowieść ta okrutna i archaiczna ofiara z syna? Może miłości Boga? A może jego nieprzejednania?”. Och, gdyby Jung wiedział, w którą stronę pójdzie posoborowa teologia… Wiedziałby wtedy, że ofiara Chrystusa nie była ani samobójstwem, ani kaprysem rozgniewanego Boga, ale raczej chwalebnym męczeństwem, dowodem miłości, która jest gotowa nawet na oddanie się w ręce katów. Dziś wreszcie nie mówi się już o zapłacie ani odkupieniu w rozumieniu dosłownym, nawet jeśli takie myślenie narzuca nam siłą Paweł z Tarsu. Jego analogie są cenne, bo natchnione, i dobrze jest je wykorzystywać w teologii, jednak trzeba je przepuszczać przez katolicki filtr, który odsieje to, co Nowy Testament i tradycja potraktowali zbyt ad litteram. A na pewno warto mym zdaniem deprecjonować powoli coraz to bardziej archaiczne i zaciemniające terminy teologiczne, wyłączając oczywiście te, które ze względu na swe znaczenie nie mogą mieć swoich zamienników.
Cała reszta poglądów Junga topi się niestety w synkretyzmie i gnostycyzmie, tracąc przez to wartość, staje się bowiem zbyt subiektywna, zbyt mocno naciągana pod jego teorie psychologiczne i paranaukowe, m.in alchemiczne. W całej tych plątaninie znajdują się jednak dwie perełki, objawy geniuszu Junga. Przejawiają się one wtedy, gdy pisze, że Bóg nie zamierza chronić człowieka przed konfliktami, a tym samym przed złem, nie chce niwelować naszych napięć i trudności. Są one wolą Boga. Bóg nie wysłuchuje za często – jak to potwierdza nasze życie – próśb, które wynikają z lęku, zwątpienia i słabości, rzeczy nieuchronnych w doskonaleniu własnej osoby. Bóg staje się więc gniewnym perfekcjonistą, czego wymaga i od nas. Ta koncepcja, zanim w ogóle pomyślałem o jej ortodoksyjności, wydała mi się po prostu empirycznie zweryfikowana. Drugą, już typowo psychologiczną analizą było badanie pism Janowych. Jung za swój aksjomat (niepełny wprawdzie, bo po części dowodzony) uznaje, że autor listów Janowych jest zarazem autorem Apokalipsy, pisanej u schyłku swojego życia. Przedstawia pogląd, że Jan, świadomy chrześcijan, mówiący wciąż o miłości, i będący wręcz zdaniem psychologa swoistym świętoszkiem, w podświadomości skrywał pragnienia Boga krwawego, bezlitosnego, by nie powiedzieć – starotestamentalnego. Z tego też powodu, będąc zdrowy na umyśle, doznaje rzadkiej w przypadku osób „normalnych” wizji, w której jego podświadomość wybija niczym szambo w powietrze, wyrzucając wszędzie strumień negatywnych wizji Boga.
Tekst ten ma zachęcić wszystkich, by przed słusznym spaleniem tych filozoficznych herezji, przeczytać ją i zapamiętać choć niektóre z wielu wybitnie fascynujących, co nie oznacza, że zawsze prawdziwych, koncepcji. A potem można ją śmiało wrzucić w ogień. Książka jest mała, nie będzie się długo palić.
Fot. Jim Padgett, CC BY-SA 3.0; Arturo Espinosa, CC BY 2.0 (adaptacja)

Fakt, że Jung jest niezgodny z nauką Kościoła nie znaczy, że nie ma racji. Zauważmy, że w XXw Kościół spełnił sporo postulatów Marcina Lutra – z 400 letnim opóźnieniem. W sumie ta analiza przypomniała mi, jak to kilkanaście lat temu moja mama udowodniła Świadkom Jehowy, że Bóg był złym ojcem.
W skrócie:
Dobry Ojciec nie wygania swoich dzieci tylko dlatego, że zjadły owoc z „niewłaściwego” drzewa. A będąc jeszcze wszechwiedzącym – po prostu by tego drzewa nie sadził na środku ogrodu, jeśliby uważał, że jest niebezpieczne.
Podobno uciekali, aż się kurzyło!
A Pan zachęcił mnie do poszukania tego tekstu – jak znajdę po polsku, to chętnie przeczytam
Pozdrawiam.
Pozdrawiam również. Ja swój egzemplarz wypożyczyłem z biblioteki, będzie trudno go znaleźć w księgarniach.