Ateizm nie wygra

Przez długi czas myślałem, że ateizm jako światopogląd jest mocnym przeciwnikiem katolicyzmu. Powtarzałem sobie – za kardynałem Robertem Sarahem: Bóg albo nic. Właściwie w moim życiu te dwa „kolosy” toczyły ze sobą długą walkę. Na szczęście jeden z nich okazał się kolosem na glinianych nogach.

Zostałem wychowany w rodzinie katolickiej. Moi rodzice starali się dać mi światopogląd taki, jaki uważali za najlepszy. Jestem im za to wdzięczny, bo nawet gdyby ich tradycja religijna okazałaby się dogłębnie fałszywa, robili to z miłości. A miłość wybacza wszystko. Tego nauczył mnie Chrystus. W pewnym momencie przeżyłem skok w dojrzałą wiarę. Osoby religijne bardzo dobrze znają ten stan, kiedy wiara rodziców staje się twoją wiarą. Nawet gdyby wystąpili z Kościoła poprzez akt apostazji, ja swojej religii już bym nie zmienił.

Mój „problem” polegał jednak na tym, że zawsze była u mnie bardzo aktywna lewa półkula mózgu. Bardzo zależało mi na tym, aby dać porządne intelektualne fundamenty pod moje wyznanie. Często, gdy dokonywałem introspekcji, szukałem źródeł mojej wiary. Pytałem sam siebie, o to, dlaczego wierzę, że Chrystus jest Bogiem. I choć zaczytywałem się w różnych książkach apologetycznych, Piśmie Świętym i komentarzach do niego, pierwsza odpowiedź brzmiała zawsze podobnie: Bo jest coś w mojej duszy, co krzyczy, że to jest prawda. Wielu śmieje się, gdy chrześcijanie opowiadają, że „czują” Boga. „A jak pachnie Bóg?” – można szydzić, oczywiście, ale w tym prostym, nie za bardzo fortunnym określeniu skrywa się cała istota wiary – doświadczenie Boga. Doświadczenie, które i ja – a byłbym w stanie za to umrzeć – przeżywałem. Sens, prawda, miłość i zrozumienie po prostu we mnie eksplodowały, przykrywając, choć tylko na krótką chwilę, cierpienie i – przede wszystkim – bardzo ciemną stronę mojej osoby. Bóg był jak, cytując „Wesele” Wyspiańskiego, „ktoś mi znany, ktoś serdeczny, ktoś kochany”. Nigdy jednak – choć próbowałem, z racji, że to pójście na łatwiznę – nie skręciłem w stronę fideizmu. Serce mi pałało, gdy katolicyzm głosił, że można odkryć istnienie Boga wyłącznie za pomocą rozumu. Niewiele czasu zajęło mi odrzucenie chrześcijaństwa wywodzącego się z tradycji protestanckiej, jako wyznania, które nie ma prawa być prawdziwe. Studiowanie historii Kościoła pozwoliło mi jedynie zaakceptować prawosławie i katolicyzm, który zwyciężył (choć nie ostatecznie) z powodu umiłowania dociekań rozumowych ponad kontemplowanie misterium. Teraz jednak nie mogę w pełni uczciwie stwierdzić, że odnalazłem w katolicyzmie tylko prawdę. Większość czasu poświęcam teraz na rozgryzienie trapiącego mnie problemu, a mianowicie czy część z dogmatów katolickich po prostu nie rozumiem, czy też są one fałszywe. A może fałszem jest, że są one dogmatami? Dziwi mnie niezmiernie, że katolicyzm, który tak doskonale w sposób logiczny wypełnia większość moich egzystencjalnych pragnień, może zawierać też „prawdy?”, które mój rozum stanowczo odrzuca. 

Wielkim problemem, który mnie trapił, wywoływał pustkę egzystencjalną i poczucie bezsensu było to, że w momencie, gdy moje przekonanie co do nieomylnej słuszności katolicyzmu spadało, wzrastało zainteresowanie racjonalistyczną koncepcją świata. Nie szukałem bowiem idei i modelu, który będzie dla mnie wygodny, ale takiego, który będzie po prostu prawdziwy. Umiłowania prawdy także nauczył mnie Chrystus. Zastanawiałem się więc poważnie nad przyjęciem koncepcji człowieka-maszyny, pchanego instynktami i popędami, i zaprogramowanego przez ewolucję i dobór naturalny, który rozwija się dla samego rozwoju, a jego celem jest homeostaza. Jednak lektura psychiatry Wiktora Frankla i jego koncepcja nieświadomości duchowej ostatecznie przełamała moje skłonności do ateizmu. Uznałem model świata pozbawiony inteligentnej transcendencji osobowej za absolutnie niemożliwy, a nawet niedorzeczny. Nieświadomość duchowa idealnie wpasowuje się w moje przekonanie o istnieniu duchowej cząstki człowieka, która jest „zaprogramowana” przez stwórcę tak, aby go sobie „uświadamiała”. Vassula Ryden, dość popularna prawosławna kobieta, uważająca sama siebie za mistyczkę (z czym nie mogę się zgodzić bez wielu wątpliwości) skonstruowała na podstawie swoich rzekomych objawień wyjątkowo ciekawą teorię, o której można by rozważać, abstrahując od jej wizji. Twierdzi bowiem, że dusza ludzka w momencie jej stwarzania przez Boga (animacji) ma silne doświadczenie Stwórcy, które pozostaje w człowieku przez całe życie, mimo że dana osoba sobie tego nie uświadamia. Nie wiem, czy tak jest w rzeczywistości, ale faktem pozostaje uniwersalny głód transcendencji w człowieku, który – co ciekawe – może zaspokajać w pewnym stopniu nie w Bogu, ale w drugim człowieku. Ateizm wydaje się ignorować w sposób zaskakująco podobny do dogmatyzmu duchową część w człowieku, która ich zdaniem w ogóle nie jest przez nich samych odczuwana. Jednak tak samo, jak można „wykastrować” swoją seksualność i zepchnąć ją do podświadomości, co starał się ukazać Freud, tak samo można zepchnąć w tę samą otchłań pożądanie absolutu, co wykazuje Frankl. 

Racjonalna filozofia w sposób zdecydowanie dla mnie niewystarczający próbuje wyjaśniać „naturalnie” zjawiska charakterystyczne tylko dla ludzi takie jak poczucie sensu, religijność, kult przodków, świadomość swojego ja, rozum, pragnienie szeroko rozumianego Boga, a nawet poczucie humoru. Na tyle niewystarczająco, że nie widzę powodu, aby nie postawić ateizmu na półce zatytułowanej „teoria, która nie wytrzymała krytyki”. Zwłaszcza nie podoba mi się, jak często racjonaliści stosują jeden z najpopularniejszych mechanizmów obronnych, jakim jest – jak na ironię – racjonalizacja. Zbyt dużo mają apriorycznych założeń, zbyt dużo hipotez, które powstały tylko dlatego, że apriorycznie zakłada się nieistnienie wyższej inteligencji. 

Konsekwentny ateizm dehumanizuje człowieka, odbierając mu obiektywną godność i wartość, każąc mu zaakceptować, że jest tylko najdoskonalszym ze zwierząt, „najbardziej inteligentną formą istnienia białka”, jak lubił mawiać ks. Jan Kaczkowski. Odbiera mu sens życia, kłamiąc, że wcale tak nie robi. Uważa, że jesteśmy alfą i omegą, a każdy prawdziwie jest pępkiem swojego świata. Świat nie wytrzyma ateistycznej doktryny, a jeśli nie znajdzie zdrowej religijności, popadnie w prymitywne formy „pobożności” złożone z przesądów i prostych wierzeń. Ateizm pcha w nas szpony dekadencji. Wierzę, że duchowe mechanizmy obronne, jakie są w człowieku, nie pozwolą mu wytrwać długo w tej antyludzkiej filozofii. Bo racjonalizm to nie jest filozofia, która niszczy Boga, ale człowieka. Żeby się o tym przekonać, wystarczy jeszcze trochę poczekać, jak wszystkie skutki tej doktryny zostaną zaaplikowane w naszą kulturę. Straszny jest to eksperyment na ludziach, którego nikt nie chce zakazać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *