Racjonalizm i religie zinstytucjonalizowane hamują duchowość

Racjonalizm i materializm wszystko upraszczają i redukują. Twierdzą, że dają naukowy obraz świata, w którym nie ma prostych odpowiedzi, jak w światowych religiach. Jednak niezależnie od tego, czy mówimy o racjonalizmie oświeceniowym, czy współczesnym, da się zauważyć pewien nieznośny wspólny wątek. Racjonaliści każdej epoki są tak samo zuchwale pewni, że posiedli zrozumienie świata. Niezależnie od postępu w nauce ta pewność jest dokładnie taka sama. Wydaje im się, że mogą postawić stopę na Ziemi z miną zdobywcy, ale nie zastanawiają się, że ich stopy przykryje kiedyś ta sama ziemia. Znowu przytoczę tu mój ulubiony przykład, kiedy to na początku XX wieku fizycy byli przekonani, że odkryli tak naprawdę już prawie wszystko w tej dziedzinie. Niewiele lat później musieli stwierdzić, że tak naprawdę niczego już nie rozumieją. To stwierdzenie zaprawdę mądre, godne wielkich naukowców. To droga, którą musi przejść każdy, kto poświęca życie wyjaśnianiu świata. Racjonalizm jednak jako dogmat przyjął, że rozumie prawie wszystko, jak klasyczni fizycy, a zrozumienie części niezrozumiałych prawideł to tylko kwestia czasu. Nauka będzie szła naprzód, ale niezależnie od jej wyników, racjonaliści będą tak samo dogmatycznie pewni, że rozumieją prawie wszystko. Ideologia ich bowiem wypracowała sobie swoisty klucz hermeneutyczny, który pozwoli im nagiąć do ich doktryny każde osiągnięcie nauki. W szalenie skomplikowanym człowieku widzą w praktyce prosty mechanizm złożony z określonych popędów, które da się wytłumaczyć w sposób ewolucyjny. Ewolucja oczywiście jest ich zdaniem bezosobowa, ale często mam wrażenie, że gdyby nie racjonalistyczne dogmaty, to trzeba by pisać słowo „ewolucja” wielką literą, jako że nierzadko przybiera ona u nich postać jakiejś bezosobowej inteligencji, zwłaszcza przy zagadnieniach bardziej skomplikowanych i nastręczających trudności.

Racjonalizm twierdzi, że jesteśmy wyłącznie soma i psyche, usuwając z nas pneumę. Neguje wszelkie pragnienie transcendencji, jakie jest w człowieku, racjonalizując je na wszelkie możliwe sposoby. Zakłada, że jesteśmy początkiem i celem wszystkiego, kierując nasze wewnętrzne pragnienia do samych siebie, ewentualnie do drugiej osoby (w umiarkowanej odmianie racjonalizmu). Spycha nasze pragnienie absolutu do nieświadomości, próbując nas przekonać, że je zabiło, albo – jeszcze lepiej – że było ono wyłącznie złudzeniem. Zachęca nas do zaangażowania się w świat namacalny, nie dając odpowiedzi, czemu miałoby to służyć. Najczęściej więc wyznawcy racjonalizmu są nimi w głównej mierze formalnie, w rzeczywistości jednak – aby nie doprowadzić się do szaleństwa i depresji – akceptują pseudoduchowy świat, w którym jest miejsce na romantyczną miłość, garść przesądów, opatrzność losu, karmę i sensogenny wszechświat, który do czegoś nas powołał. Przede wszystkim jednak próbuje z nas wykorzenić moment śmierci i niebytu, aby czasem nie uświadomić sobie zanadto, czym jest konsekwentne wyznawanie tej ideologii. Można jeszcze wspomnieć o takich myślicielach jak Sam Harris, którzy próbują zapełnić pustkę duchowości u siebie i innych. Jednak jego medytacyjne praktyki quasi-buddyjskie, w których celem jest zdanie sobie sprawy z iluzji swojego ego i swoista nirwana, polegająca głównie na niemyśleniu i odcięciu się od siebie, tak bardzo różni się od nastawionej na relację duchowości religijnej, że używanie w tym przypadku słowa „duchowość” to swoiste bluźnierstwo. Religia jako lek na ból życia podaje relację z absolutem, a racjonalistyczna medytacja oderwanie się od wszelkich więzi, nawet z własnymi myślami.

Od pseudoreligii, która spycha naszą duchowość do nieświadomości, przejść trzeba do różnych form religijnych, jakie serwują nam zorganizowane Kościoły, zbory i inne zgromadzenia wyznaniowe. Abstrahuję już od tego, ile w tych religiach jest prawdy, to osobna kwestia. Chcę tylko zaznaczyć, że każda denominacja czy wyznanie sugeruje lub nawet nakazuje konkretne praktyki kultowe, a przede wszystkim modlitewne. Kładę nacisk na te ostatnie, ponieważ one są najbardziej intymne w człowieku. Człowiek uważa je za niezwykle ważne, dlatego pojawia się w jego ciele skrępowanie, gdy ma o nich mówić drugiej osobie, zwłaszcza jeśli słusznie podejrzewa, że może zostać niezrozumiany albo nawet potraktowany prześmiewczo. Postawię tezę, że człowiek posiada w sobie naturalną religijność, niezwykle indywidualną, która nie zawsze może dobrze wpasować się w ramy konkretnej religii. Szczególnie jeśli już na wczesnym etapie jest uczony sztywnych praktyk albo jeszcze sztywniejszej teologii, w ramach której Bóg miałby preferować konkretne akty modlitwy w konkretnym miejscu czy porze. Zniekształca się wtedy naturalność duchowa w człowieku. Każda osoba ma w sobie boską cząstkę, która wyrywa się spod jarzma wszystkich nieskutecznych dla niego osobiście form szeroko rozumianej pobożności. Istnieją i dogmaty religijne, które kłócą się często z naszymi nieświadomymi pragnieniami i tęsknotami, a wtedy – zwłaszcza gdy na którymś etapie „przymuszono” nas do ich rozumowego przyjęcia, mogą powodować rosnące pokłady egzystencjalno-religijnej frustracji. Znaczyłoby to, że religia najbardziej dla człowieka naturalna, idealnie adaptująca się w ogół społeczeństwa, jego potrzeby i sumienie, byłaby najbliżej prawdy. Niestety, człowiekowi trudno stwierdzić, co jest dla niego najbardziej naturalne, gdyż często nigdy nie ma kontaktu z własną duchową cząstką. Jego religia jest wyłącznie często sprowadzona do „tradycji ojców”, gdzie przejmuje bezrefleksyjnie sposób oddawania kultu i modlitwy. Od dzieciństwa jesteśmy prowadzeni w odpowiednim nurcie wyznaniowym, co nie może jednak dziwić i oburzać. To oczywiste, że rodzice wpajają dziecku to, co sami uważają (jest im nakazane uważać) za słuszne. Pogląd Richarda Dawkinsa, który głosi, że należy zakazywać wychowywania religijnego w domach rodzinnych to naruszenie wolności rodziców w imię rzekomej wolności dziecka, a konsekwentne wyznawanie tego poglądu pchnie nas w zakazywanie rodzicom jakiejkolwiek rozmowy z dzieckiem na tematy moralne i obyczajowe. Musimy w tej chwili – a będzie to zadanie terapeutów i głęboko uduchowionych osób duchownych (uduchowiony duchowny to niestety nie truizm) – pomagać ludziom w odkrywaniu spontaniczności, która uwolni w nich zdolność do przeżywania autentycznego doświadczenia religijnego. Mówię tu jedynie o sposobie modlitwy, nie oznacza to, że przychylam się do stworzenia jednej religii uniwersalnej albo – o co mogę zostać posądzony – jestem przeciwnikiem wszelkich zorganizowanych systemów religijnych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *