Bywa tak, a nawet zdarza się to wcale nie rzadko, że wielce szanowni profesorowie i doktorzy nauk siedzą na wielkiej auli z założoną nogą na nodze i rozprawiają o tym, że świat wynurza się już z zabobonnej ciemnoty i wypływa na racjonalny grunt. Zaprawdę, gdy człowiek w zasadzie nie zdejmuje marynarki i krawata oraz nie czyta niczego, co nie zawierałoby przynajmniej dziesięciu pozycji bibliograficznych, może dojść do przekonania, że świat kieruje się racjonalnymi zasadami. Niech jednak porusza się trochę wśród osób, które z różnych przyczyn nie napisały nigdy żadnego naukowego artykułu, posłucha trochę, co piszczy w trawie u uczciwie pracujących wszelkiej maści rzemieślników, przyjdzie na aromatyczną herbatę do jednej z rodzin, a następnie uda się na jakąś mniej lub bardziej oddolną demonstrację. Im bardziej krzyczącą o wolności, faszyzmie i tolerancji, tym lepiej. Zda sobie wtedy sprawę, że życie oparte na racjonalności, i to jeszcze mocno niepełnej, jest zarezerwowane wyłącznie dla wąskiej elity, u której bardzo silnie obecny jest mechanizm intelektualizacji. A człowiek nie jest wyłącznie intelektem. Działa w nim bardzo silna, szybsza od inteligencji i skrywająca większy ładunek treści siatka emocji, do tego dochodzi bardziej lub mniej uświadomiona duchowa cząstka, która także wpływa na to, jak odbieramy świat. Oprócz tego ze wszech stron otacza nas konkretne społeczeństwo, o konkretnych wymaganiach światopoglądowych, które w pierwszym adaptacyjnym odruchu chcemy spełnić jak najlepiej.
Może wydawać się nam dziwne, że świat tak bardzo techniczny i naukowy jest pełen przesądów, wróżbitów, szamanów, ruchów pseudoreligijnych, różnych energii i osób rzekomo nimi władających. Z jednej strony cechujemy się ślepym zaufaniem do nauk przyrodniczych, ale nie przeszkadza nam na ich kanwie budować przeróżne magiczne poglądy o pozaziemskich obiektach. Jesteśmy rzekomo tak owładnięci zdrowym rozsądkiem i logiką, ale przy najmniejszym powiewie emocji wyłączamy swój racjonalizm i zachowujemy się tak, jak zachęcają nas do tego nasze instynkty i popędy. Ciekawi mnie to, że liczni demonstranci protestujący przeciwko przeróżnym rzeczom, często nie mają zielonego pojęcia o tym, dlaczego powinni tu być, z czym tak naprawdę się nie zgadzają, ani co proponują w zamian. Oni po prostu czują, że powinni krzyczeć i wydzierać się w walce o lepsze jutro. Czują często dlatego, że ktoś podsunął im konkretny zapach krzywdy i znalazł winnych tego okropnego, niedającego żyć smrodu. Może być to obecny rząd, przymusowe szczepienia, globalizacja, kryzys ekologiczny. Często zupełnie nie mają pojęcia, dlaczego konkretnie trzeba się buntować, ale robią to, nierzadko ze zdumiewającym wręcz fanatyzmem.
Możemy być formalnymi ateistami, ale nie odczuwać skrępowania podczas wyrażenia nadziei, że nasz zmarły tata pływa sobie po niebieskich obłokach, gdzie na pewno jest mu ciepło i wygodnie. Możemy być skrajnymi ewolucjonistami materialistycznymi, a potem pod natchnieniem wiosennego poranka pisać poezję o sensie Wszechświata i o ostatecznym celu człowieka. Możemy twierdzić, że nie mamy wolnej woli, a potem doznawać skrętów żołądka z oburzenia, na widok Lynndie England trzymającej na smyczy irackiego więźnia w Abu Ghurajb. Możemy na poziomie intelektualnym mieć dowolne przekonania i nie zauważać, że praktyka życia codziennego przeczy naszym poglądom, a w dodatku jeszcze być święcie pewnym, że wcale tak nie jest. Tak dzieje się, gdy człowiek jest zachęcany, by wierzyć w rzeczy, które nie są dla niego naturalne.
Zachęca się nas także do bycia tolerancyjnym, podczas gdy tolerancja jest przede wszystkim cechą osób o niesprecyzowanych przekonaniach. Absurd dzisiejszego świata – tolerancja stawiana jako cnota. Ktoś jest wychwalany, ponieważ jest tolerancyjny, to znaczy zgadza się na wszystko, na co powinien się zgadzać. Pokazuje się nam, że człowiek tolerancyjny to taki, który szanuje innych, pozwala innym dążyć do szczęścia, a przy okazji ma wspólne poglądy z osobą, którą toleruje. Otóż nie!
Podam praktyczny przykład. Jestem osobą, która uważa, że w sprawie homoseksualizmu nauka nie doszła do konsensusu. Osobiście przychylam się do teorii, która postrzega homoseksualizm jako zaburzenie identyfikacji seksualnej, które jest powodowane przez zbiór określonych czynników rodzinno-społeczno-kulturowych. Z tą, a nie inną kolejnością. To mój pogląd na dziś dzień. Osoby queer podejmują usilne starania, aby definicja osoby tolerancyjnej obejmowała nie tylko szanowanie innych i pozwalanie na to, aby dążyli do szczęścia, ale także zmienienie mojego poglądu na genezę homoseksualizmu, z zaburzenia identyfikacji na naturalny, uwarunkowany genetycznie lub będący skutkiem wolnego wyboru.
Nie widzę żadnego powodu, abym miał sprzeciwiać się temu, by homoseksualiści żyli w partnerskich związkach. Mają do tego prawo. Mogą w ten sposób dojść do określonego poziomu satysfakcji i szczęścia, choć – to moja opinia – nie tak pełnego, jak w związku heteroseksualnym. Ale jeśli potrafią lub chcą nawiązywać intymne relacje tylko z osobami tej samej płci, niech to czynią. Nie zgodzę się jednak, aby mogli adoptować dzieci, ponieważ uważam, że rodzina taka z natury swej jest dysfunkcyjna. Nie chcę też, aby ta quasi-rodzina w postaci związku partnerskiego była na równi z rodziną dotowana przez opłacane z podatków obywateli państwo. Nie zgadzam się, aby nazywano mnie z tego powodu – w sposób zresztą etymologicznie niepoprawny – homofobem.
W przypadku homoseksualizmu dość łatwo nauczyć się jednak tolerancyjnej postawy, ponieważ środowiska LGBT słusznie domaga się dla siebie elementarnych praw. Jesteśmy jednak jako społeczeństwo nietolerancyjni na wiele innych, mniej medialnych spraw. Nie tolerujemy ludzi, którzy myślą zupełnie inaczej niż my. Jesteśmy w stanie zaakceptować poglądy, które w nieznaczny tylko sposób przeczą naszym, bo one zawsze nas w jakiś sposób ubogacają. Pozostałe przekonania wraz z ich głosicielami etykietujemy jako dziwne, absurdalne, często udając, że przeróżne fantasmagoryczne dla nas twierdzenia głoszą wyłącznie jacyś sekciarze czy inni obłąkańcy. Jesteśmy na swój sposób agresywni wobec innomyślących. Dyskusje z takimi osobami są jedną wielką wymianą sarkastycznych uszczypliwości i okazywaniem otwarcie podrzędności poglądów oponenta.
Nie tylko jednak cudze zapatrywania budzą w nas nieprzyjemne emocje. Często iskrą do sporu bywa to, w jaki sposób dana osoba przeżywa określone doświadczenia, jak odbiera świat. Poeta będzie zawsze spotykał się z lekceważeniem przez mniej mistycznych, traktowany jako oderwany od rzeczywistości marzyciel. Ten natomiast obrzuci pospolity lud krytycznym spojrzeniem i stwierdzi, że są za bardzo przywiązani do ziemskich spraw. Czy wilk zamieszka wraz z barankiem, a krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie? Czy lew też jak wół będzie jadał słomę? Czy mistyk porozmawia z materialistą o kosmosie, nie chwytając przy tym za miecz? Czy spracowany robotnik, wracając do domu zrozumie pracującą w domu żonę, która skarży się na zmęczenie?
Nasze przyjaźnie polegają zbyt często na dobieraniu sobie osób, które są naszymi pół-kopiami. Na naszych półkach leżą książki autorów, które potwierdzają nasz sposób myślenia, a telewizja pokazuje na nasze życzenie wyłącznie ten publicystyczny serwis, który zapewnia nas, że jesteśmy na dobrej drodze. Wrócę znowu do tematu homofobii, która jest irracjonalnym lękiem przed osobami nieheteroseksualnymi. Nasza nietolerancyjność do nich wynika nie z tego, że nie zgadzamy się słusznie na wprowadzenie całego modelu społeczeństwa i państwa, które proponuje środowisko LGBT. Ona jest spowodowana tym, że wygodniej jest nam zaetykietować ich jako dziwaków lub „innych”, zamiast zdać sobie sprawę, że są do nas tak podobni. Tak samo zresztą, jak wszyscy, którzy ośmielają się mieć „idiotyczne” zdanie. Są nam bliżsi, niż mogłoby nam się wydawać.

Bardzo ciekawa analiza – dodałbym jeszcze jedną kwestię:
Osobiście mam lekki problem z definicją pojęcia „tolerancji”. Kojarzy mi się ona z trudem znoszenia czegoś, co mi się się nie podoba, co mi przeszkadza i mnie drażni.
Jeśli więc dane zjawisko/człowieka lubię, lub przynajmniej jest mi obojętne – nie muszę go tolerować. Nie muszę podejmować trudu znoszenia czegoś, co mi nie przeszkadza i nie drażni.
Tym czasem ktoś, kto „nie ma nic przeciwko” – jest nazywany tolerancyjnym, choć faktycznie jest sympatykiem lub obojętnym.
Pozdrawiam.
Bardzo dobre spostrzeżenie. To prawda, słowo tolerancja etymologicznie oznacza znoszenie czegoś, czego się nie lubi. Dziś jednak to słowo nabiera już innego znaczenia. Nie wiem do końca, czy lepiej byłoby przyjąć nowe semantyczne pola tego wyrazu, czy bronić etymologicznej definicji.