Katechizm Kościoła katolickiego z dumą zaznacza, że celem objawień prywatnych nie jest ulepszanie czy uzupełnianie Pisma Świętego i tradycji apostolskiej, ale jedynie pomoc w głębszym przeżywaniu wiary. Pobożne życzenie, przyznam, ale zupełnie odstające od rzeczywistości. Tak samo życzeniowym myśleniem jest stwierdzenie, że wierni pod kierownictwem Urzędu Nauczycielskiego Kościoła rozpoznają prawdziwe i fałszywe orędzia.
Być może według biskupów idealną postawą cechuje się katolik, który czyta przede wszystkim Pismo Święte i kościelne dokumenty, a w wolnym czasie inspiruje się uznanymi przez Kościół za prawdziwe (ale niedogmatycznie) objawieniami. Często jednak zupełnie tak nie działa, ponieważ wierzący wolą chwycić współczesne i łatwo zrozumiałe orędzie Maryi lub Archanioła Michała niż przekopywać bibliotekę i zaczytywać się w pozycjach naukowych, aby móc w końcu poznać i zrozumieć egzegezę Biblii. Mimo że są oni świadomi tego, że istnieją mistycy fałszywi i autentyczni i znają nawet pewne kryteria, to ich zastosowanie pozostawia wiele do życzenia.
Co bowiem można powiedzieć, gdy widzi się pseudonaukowe opracowania wiarygodności „Poematu Boga-Człowieka” – będącego stenograficznym wręcz zapisem życia Jezusa – a później czyta się tekst źródłowy i natrafia się na takie fragmenty, mające być słowami Jezusa:
Błogosławię was wszystkich w imię Boga Jedynego w Trójcy, i w imię Słowa, które wcieliło się po to, aby być zbawieniem dla ludzi dobrej woli.
W innych miejscach (których jest o wiele za wiele):
Popełniacie błąd, bo oddajecie kult jednemu tylko, podczas gdy On jest cudowną Trójcą.
A oto dialog Jezusa z uczonymi:
– Ty masz śmiałość! O! Nazywasz się Synem Bożym! Świętokradztwo! Bóg jest Tym, Który Jest, i nie ma synów! Zawołajcie Gamaliela! Zawołajcie Sadoka! Zgromadźcie rabinów, niech posłuchają i niech to obalą.
– Nie unoście się. Zawołajcie ich, a powiedzą wam – jeśli jest prawdą, iż wiedzą – że Bóg jest Jeden w Trójcy: Ojciec, Syn i Duch Święty, i że Słowo, to znaczy Syn Myśli, przyszedł zgodnie z tym, co zostało przepowiedziane, ażeby wybawić Izraela i świat z grzechu. Ja jestem Słowem. Jestem przepowiedzianym Mesjaszem. Nie ma zatem żadnego świętokradztwa, jeśli nadaję Ojcu imię Ojca Mojego.
A te słowa wypowiada Jan Ewangelista:
Rzuć się, o bracie, w czynne i radosne miłowanie Trójcy.
To niemożliwe, aby którakolwiek postać nowotestamentalna użyła określenia Trójca. Greckie „trias” użył po raz pierwszy dopiero Teofil z Antiochii (ok. 180) i to jeszcze w innym rozumieniu niż podaje obecna teologia katolicka. Gdyby ewangeliści tak szafowali tym określeniem, jak u włoskiej „mistyczki”, nie byłoby np. konfliktu ariańskiego lub o subordynacjonizm. Wydawcy dzieła chwalą się, że jej dzieło powstało mimo braku wykształcenia teologicznego. Jednak choć nieformalnie nie miała wykształcenia, była całkiem obeznana w przedsoborowej teologii. Ja posądziłbym ją raczej o dogłębną nieznajomość biblistyki. Przejawia wiarę w literalne natchnienie Biblii, co wielokrotnie pokazuje w swoich dziełach. Popełnia te same błędy co Emmerich (Brentano?) czy Alan James („Oczami Jezusa”). Bohaterowie nie posługują się językiem naturalnym. Gdyby sporządzić zapis stenograficzny naszych rozmów czytałoby się je fatalnie. Tak samo, jak źle się czyta wywiady przed autoryzacją i korektą stylistyczną. Tymczasem postacie z „wizji” używają często języka kwiecistego, a każde ich zdanie wygląda na dobrze przemyślane. Używają zwrotów, których nie mieli prawa znać (anachronizmy), a także, które nie miały swoich odpowiedników w języku greckim i hebrajskim. Jezus i jego otoczenie nie widzą problemu w używaniu imienia Jahwe, mimo że wszystko wskazuje na to, że nie wolno było tego czynić nikomu poza arcykapłanem, i to tylko raz w roku, w czasie święta Jom Kippur, gdy wchodził do sanktuarium Świętego Świętych w świątyni jerozolimskiej z krwią ofiarnych kozłów.
Nie wiem, na jakiej podstawie udało się zebrać wypowiedzi wielu przedstawicieli świata nauki, które wyrażają podziw dla historycznej wiarygodności tych dzieł, ale nie świadczy to najlepiej o rzetelności badawczej tychże. Zwłaszcza że poszczególne relacje są ze sobą sprzeczne w ogromnej liczbie szczegółów. Choć bywa i tak, że przeróżne wizje zdają się być z jednej tradycji „objawieniografów”, bo wyglądają na sztucznie dopasowywane merytorycznie do siebie (a nawet zdarza się, że powołują się na siebie nawzajem!).
Nierzadkim widokiem jest przeczytać wypowiedzi zachwyconych czytelników objawień prywatnych, którzy traktują wszystkie wydarzenia i koncepcje teologiczne tam przedstawione za bezbłędnie prawdziwe. Zwolennicy Marii Valtorty twierdzą przez to, że Jezus nie miał myśli na tle seksualnym – tak bowiem mówi mistyczka, wkładając takie słowa w usta samego Jezusa. Pani Valtorta – to moja hipoteza – nie mogła być może znieść myśli, że tak święty człowiek mógł mieć tak „brudne”, cielesne potrzeby. „Wykastrowała” więc Jezusowi seksualność, tak, jak tradycja zapuściła św. Józefowi długą brodę i dała mu w ręce laskę.
Maria Valtorta, Maria Simma, Luiza Piccarreta, Vassula Ryden, Catalina Rivas, Pio z Pietrelciny, Marta Robin, Adrienne Von Speyr, Natuzza Evolo, Stefano Gobbi i wiele innych postaci kreują ludową teologię. W mistycznym składzie przeważają głównie kobiety. Ich wizje są wykorzystywane jako nowe, świeże źródło wiedzy, z którego można czerpać garściami. „Bądźmy wdzięczni, że niebo przysyła nam takie pomoce” – mówią. Mistycy są trochę jak wróżki – mają gotowe objawienie na każdy temat, szczególnie, gdy aktualnie jeszcze żyją i publikują nowe materiały. Wątpię, żeby sporo osób przeczytało dobrze i fachowo przygotowany dokument „Nota Komisji Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski w związku z pandemią koronawirusa”. Za to, gdy wpisze się nazwiska wizjonerów w Internecie, pierwsza propozycja, jaką wyszukiwarka nam poda, to często „o koronawirusie”. Po co czytać oficjalny dokument o pseudoreligijnych interpretatorach, niewłaściwych obrazach Boga, o szukaniu winnych, fałszywej historiozofii, powoływaniu się na prywatne pseudoobjawienia i sny, gdy można zasięgnąć rady u ulubionej mistyczki, która już to wszystko przewidziała. Abp Stanisław Budzik zaznacza w dokumencie, że „niedopuszczalne jest magiczne traktowanie sakramentów i sakramentaliów, promowanie wizji Kościoła jako bezpiecznej arki, przeznaczonej wyłącznie dla świętych i sprawiedliwych”. Tymczasem czyni to od dłuższego czasu choćby ks. Adam Skwarczyński, który lekceważąc zakaz wypowiedzi, opublikował już film o rychłej paruzji, o której wie ze swoich własnych objawień i lektury innych.
Objawienia prywatne nie są w Kościele tylko dodatkiem. Dla wielu jest to podstawowa lektura, codzienna inspiracja do modlitwy, kompendium na wszystkie światowe bolączki i horoskop w jednym. Wizje bywają przeszkodą w dojściu do teologicznej prawdy, bo mimo że sprawiają tak wiele trudności i obfitują w niewyjaśnione sprzeczności, nadal powołuje się na nie w dyskusjach o hierarchii nieba, czyśćcu, a przede wszystkim – o apokatastazie. Magdalena Jaroszewicz, autorka świetnej pracy doktorskiej „Apokatastaza w katolickiej teologii współczesnej” kreśli częsty obraz przeciwnika tej teorii: „Nie uwzględnia ducha Soboru Watykańskiego II, wybiórczo traktuje fragmenty Pisma Świętego, nie liczy się z autorytetem nawet największych teologów, przywołuje na potwierdzenie swojej tezy wątpliwe historycznie i teologicznie treści objawień prywatnych”.
Sądzę, że objawienia prywatne prędzej wciągną nas w opary religijności neurotycznej i zaburzeń lękowych eklezjogennych niż doprowadzą do jakiejkolwiek prawdy, która będzie w stanie wytrzymać każde krytyczne spojrzenie.
