Czy biskupi unikają trudnych pytań?

Rozumiem, że kwestie ekologiczne są ważne. Nie wątpię, że to istotne nawoływać do zaprzestania konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Absolutnie nie sprzeciwiam się podkreślaniu, że transmisja nie zastąpi realnej obecności na Eucharystii. Odnoszę jednak wrażenie, że biskupi katolickiego Kościoła większy aspekt kładą na wymiar pastoralny niż na dogmatyczny. Wolą być pasterzami niż nauczycielami. Być może pragnący kolejny raz usłyszeć o mocy uzdrowieńczej Maryi będzie usatysfakcjonowany, ale dla osoby poszukującej przede wszystkim prawdy i badającej doktrynę, nie zostanie poświęcone za dużo uwagi. Zastanawia mnie na przykład to, jak katolicyzm, który świetnie odpowiada na większość duchowych potrzeb człowieka, momentami wydaje się być tak niedorzeczny, wspierając na przykład doktrynę o odpustach, której nijak nie potrafię zrozumieć. Nie mam nawet zbyt dużo narzędzi, by to zrobić, ponieważ dokumenty i wypowiedzi teologów na ten temat zbyt często zahaczają o kwestie praktyczne i prostujące fałszywe stereotypy, a za rzadko sięgają głębi tej nauki. Mam świadomość, że powaga Soboru Trydenckiego i Watykańskiego II prawdopodobnie na zawsze zakorzeniła tę kłopotliwą doktrynę w oficjalnym nauczaniu, nie będę więc próbował kwestionować jej prawdziwości, nie chcę bowiem jak na razie prowokować hierarchów do udzielenia mi – zasłużonej być może – przewidzianej dla takich, jak ja, anatemy. Mam jednak prawo – jak sądzę – jako zbłąkana owieczka żądać wręcz od biskupów i uczonych teologów pogłębienia nauki o odpustach, która mym zdaniem jest obecnie na fatalnym poziomie. Przeczytać można jedynie, że to starodawna praktyka, potwierdzana przez wszystkich papieży, która rozwijała się na przestrzeni wieków, oparta na solidnym fundamencie.

Ja jednak sądzę, że nawet jeśli ten fundament istnieje – bo podejrzewam, że jeśli tak, to ostoi się on wobec fal krytyki – to jednak jestem prawie pewny, że obecne sformułowania, których używa się, opisując tę naukę są zbyt niedokładne, nieoddające sedna sprawy. Liczę na gruntowną reformę tej nauki, bo – jak już wspominałem – zmiany się nie spodziewam, a nawet – co przyznaję z lekkim zawahaniem – nie oczekuję jej. Mam wielką nadzieję, że wreszcie zacznie mówić się więcej o odpustowych trudnościach i kontrowersjach, zamiast co roku w listopadzie wygłaszać te same proste formułki. Wyrażam szczere przekonanie, że większość katolików nie zna rozumowych podstaw dogmatu o odpustach, ale przyjmuje wszystko w zaufaniu. Pojęcia takie jak „skarbiec zasług Chrystusa i świętych”, „węzeł miłości i bogata wymiana wszelkich dóbr”, „tajemnicza duchowa więź, która łączy wszystkich ludzi”, „kara doczesna”, „przywrócenie wszystkich dóbr, pomniejszonych lub zniszczonych przez grzech, tak osobistych jak społecznych” wymagają albo przedefiniowania, albo poszerzonej analizy i interpretacji. Może to uczynić wyłącznie episkopat.

Odpusty to nie jedyny mój dylemat. Dokumenty Kościoła nie zajmują się także od dłuższego czasu innymi problemami, takimi jak choćby natchnienie Septuaginty, apokatastaza, kwestie mariologiczne w kontekście fałszywych objawień prywatnych. Odrzuca się „twardą” dogmatykę na rzecz nieustannych kontrowersji liturgicznych albo piętnowania niewłaściwych form pobożności. Ostatnie dokumenty Franciszka wprawdzie przedstawiają Kościół otwarty na ludzi i pełen miłosierdzia, i w ogóle budują jego nową wizję, wreszcie tak bardzo Chrystusową, ale zajmują się przede wszystkim sprawami społecznymi, ignorując bardzo widocznie dogmatykę. To dobrze, że chce się głosić Ewangelię, ale czy episkopat na pewno przemyślał, co jest tą Ewangelią, a co nie? Chyba że katolicyzm ma polegać na byciu miłosiernym Samarytaninem, który co prawda opatrzy rany i opłaci leczenie, ale nie da odpowiedzi na najważniejsze egzystencjalne pytania. Taki bezdoktrynowy dobroludzizm.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *