Kwakryzm – czy miał szansę odświeżyć chrześcijaństwo?

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o kwakrach, byłem bardzo zaciekawiony ich propozycją. Szybko jednak okazało się, że kwakryzm nie zasługuje nawet, aby określić go mianem religii. Jest raczej stylem życiem albo ideologią w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jego dzisiejsza forma (a raczej formy) coraz bardziej odbiegają od idei założyciela George’a Foxa (1624-1691). Nie jest to już nawet nurt typowo chrześcijański, choć takie są niewątpliwie jego korzenie. Czy Religijne Towarzystwo Przyjaciół ma jednak szansę wnieść coś nowego do wyznań chrześcijańskich, bardzo mocno zinstytucjonalizowanych? Czy kwakierska teologia może być świeżym powiewem, który przyczyni się do ulepszenia naszego patrzenia na Absolut?

W wieku XVII kwakryzm był prawdziwą rewolucją, dziś już nie jest ruchem tak mocno rzucającym się w oczy. Kwakrzy na początku wydawali się przede wszystkim zgorszeniem, a ich stronnictwo religijne uchodziło za anarchiczne i buntownicze. Nie składali przysiąg, nawet nie ze względu na naukę Jezusa, ale po prostu z przekonania, że uczciwy obywatel nie musi potwierdzać uroczyście prawdziwości swoich słów. Spotykały ich za to często sankcje karne. Godna podziwu jest też ich pacyfistyczna działalność, choć trzeba wiedzieć, że z początku nie była ona czymś charakterystycznym dla kwakrów. Służba w wojsku nie była zabraniana, dopiero później, w wyniku określonych działań militarnych i politycznych kwakrzy bardzo mocno odcięli się od polityki i działań wojennych, a wstępowanie w szeregi armii kończyło się nierzadko wydaleniem ze wspólnoty. W późniejszej historii zasłynęli więc jako zwolennicy pacyfizmu, przyczynili się także fizycznie do zniesienia niewolnictwa, interesowali się losem chorych psychicznie i więźniów. Chwała im za to. Na podobny szacunek zasługuje to, że kwakierstwo jako religijny ruch cechował się afirmacją kobiet, które zresztą walnie przyczyniały się w propagowaniu ruchu. Choć trzeba niestety przyznać, że nie brakowało także licznych tendencji patriarchalnych, zwłaszcza gdy kwakierstwo zostało „zarażone” chrześcijaństwem ewangelickim. Mimo tego nie było mowy o dyskryminacji, a bardziej o niekonsekwencji poglądowej. Niestety, przez fakt zaangażowania kobiet i ich szczególnego radykalizmu, społeczeństwo odbierało Religijne Towarzystwo Przyjaciół jako burzycieli porządku i moralności, głoszących wyzwolenie seksualne i upadek starych norm.

Należy bowiem zaznaczyć, że kwakrzy na początku swojego działania charakteryzowali się nieznośnie aroganckim prozelityzmem. Ich apostolstwo czasem polegało na okazywaniu braku szacunku inaczej myślącym. Byli mocno antyklerykalni i antysakramentalni, dając upust swoim emocjom, niepochlebnie zwracając się do wychodzących z katolickich czy anglikańskich liturgii osób. Zdarzało się, że na znak protestu zrzucali z siebie swoje ubrania, co wywołało publiczne zgorszenie i zszokowanie. Zdarzało się, że wbiegali nago do świątyń albo imitowali proroka Izajasza, który także na znak wezwania do pokuty chodził przez pewien czas prawdopodobnie jedynie w przepasce.

Godne podziwu i szokujące dla ówczesnych było to, że traktowali wszystkich, jak równych sobie. Jest to przerażająco ironiczne, zważywszy na to, że nauka Jezusa szerzyła się na świecie już drugie tysiąclecie. Nie dziwi fakt, że w prywatnej korespondencji Carl Gustav Jung nazwał kwakrów jedynymi prawdziwymi chrześcijanami. Chcąc zaznaczyć wyraźnie swoje przekonanie, Przyjaciele nie uchylali kapelusza na widok duchownego lub urzędnika państwowego. Nie używali także słowa „you” – ty, który w XVII-wiecznej angielszczyźnie należało stosować do osób będących wyżej w hierarchii społecznej, zamiast tego stosując pospolite formy „thee” i „thou”. Kwakrzy przejawiali tendencje demokratyczne i egalitarystyczne. Sprzeciwiali się arystokracji, zagarniającej ziemię chłopom, choć ich bunt przeciwko wyższym klasom społecznym zmalał, gdy po pewnym czasie i wśród nich niektórzy przyłączyli się do ich ruchu. Kwakrzy byli na ogół pracowici, a ich działalność gospodarcza słynęła z uczciwości. Wierzyli w wolność sumienia.

Jako ruch społeczny kwakryzm jest więc godny najwyższej aprobaty. Tolerancyjny, otwarty, pokojowy, pomocny. Jednak korzenie Religijnego Towarzystwa Przyjaciół są chrześcijańskie. Sam George Fox był chrześcijaninem. Przez długi czas poszukiwał prawdziwej duchowości, ale zrażony formalizmem angielskiego duchowieństwa uznał, że nie są oni ustanowieni przez Chrystusa. Całą historię Kościoła postrzegał jako długą noc apostazji. Wierzył, że Chrystus już przyszedł i króluje w sercach wszystkich. Uznawał kapłaństwo wszystkich wiernych. Uważał, że wiedza płynąca z duchowego doświadczenia jest ponad Biblią. Biblia była wobec niego dodatkiem wobec duchowego światła. Na podstawie prologu Ewangelii według Jana uznawał, że w każdym człowieku jest światłość, Boża cząstka czy też esencja.

Jestem absolutnym przeciwnikiem tezy Foxa, że jedynie pierwsze lata chrześcijaństwa były chrześcijaństwem właściwym, niehierarchicznym, niesakramentalnym. Nie można czytać Nowego Testamentu i nie widzieć w nim coraz to mocniej wyłaniającej się z biegiem czasu hierarchizacji, której proces zaczął się już od apostołów. Fox musiałby więc założyć, że to oni rozpoczęli jego „noc apostazji”. Doskonale rozumiem, że tak bardzo poszukujący duchowości człowiek miał prawo być rozgoryczony stanem anglikańskiej pobożności, ale nie widzę żadnej racji w tym, by z powodu jego osobistego doświadczenia religijnego fałszować historię Kościoła. Fox był przekonany, że skoro udało mu się nawiązać kontakt z Bogiem, i to bez pomocy sakramentów i duchownych, to oznacza to, że są oni niepotrzebni. Głosił więc swoją naukę, chodząc po miastach, przez co wielokrotnie trafiał do aresztów.

Kwakryzm pod względem teologicznym oceniam w gruncie rzeczy jako myśl fałszywą, choć wiele aspektów tego ruchu chciałbym przemycić choćby do Kościoła katolickiego. Wiem bowiem, jak dużo wniosły ochrzczone na katolicyzm zielonoświątkowe tradycje, dlaczego by więc nie spróbować z kwakierskimi? Zachwycony jestem ich godzinnymi „nabożeństwami”, w czasie których siedząc na krzesłach ułożonych w kwadrat lub koło (ma to sprawiać, aby każdy poczuł się równy) wszyscy wspólnie milczą. Czas ten przeznaczają na osobistą modlitwę lub medytację (w przypadku kwakrów nieteistycznych). Przez godzinę każdy osobiście, jednak we wspólnocie, na swój własny sposób, bez narzuconych schematów, bez mechanicznych modlitw na wzór mantr, próbuje poczuć się blisko Boga i odszukać sens i Jego wolę. Kwakrzy teistyczni uważają, że łaska jest darem, a nie osiągnięciem, dlatego przez czas nabożeństwa próbują otworzyć się na Boże światło.

Podziwiam ich otwartość na poglądy innych. Ono nie wzięło się znikąd. Wczesna doktryna kwakierska zakładała bowiem, że w każdym człowieku jest światło Boga, każdy ma coś z Absolutu. Dlatego uważali, że prawdę można znaleźć wszędzie, co jest absolutnie mym zdaniem błędne, ale pomogło otworzyć się im na obce światopoglądy. Przede wszystkim jednak składam hołd pierwszym kwakrom za to, że uznali, że każdy człowiek może być zbawiony. Odrzucili ekskluzywny chrzest zarezerwowany tylko dla native-chrześcijan i szczęśliwców, do których dotarli misjonarze. Światło Boże jest w nas – twierdzili Przyjaciele – od samego narodzenia, bez sakramentów. Wyprzedzili teologię o kilka wieków. Natomiast Kościół katolicki, który przecież już tak wcześnie wypracował koncepcję męczeńskiego chrztu pragnienia, długo nie potrafił zdobyć się na teorię chrztu nieświadomego pragnienia, posyłając w swych umysłach tak wiele osób na niezasłużone cierpienia.

Ich otwartość na subiektywne doświadczenie sprawiło, że nigdy niesprecyzowana doktryna tego religijnego ruchu rozmywała się, podatna na okoliczności kulturowe i czasowe. Teraz kwakierstwo jest już bardziej szlachetnym stylem życia. Istnieją grupy chrześcijańskie, ateistyczne, ale wśród Przyjaciół nie brakuje też wyznawców religii Wschodu, Bliskiego i Dalekiego, wszelkiego rodzaju panteistów czy też agnostyków. Pytanie kwakra o doktrynę jest więc nie na miejscu, raczej należy zapytać o jego osobiste przeczucia i wierzenia. Religijne Towarzystwo Przyjaciół zdogmatyzowało jedynie zasadę „absolutnego być może”, co oznacza, że w dobrym guście jest mówić o swoich poglądach/przeczuciach religijnych, ale złą rzeczą jest narzucać je innym. Kwakrzy teistyczni bowiem na szczęście nie uważają, że potrzebne jest przyjęcie formalnie jakiejś religii czy bycie pokropionym wodą, aby móc być z Bogiem. Wiele można się od nich nauczyć. Choć stronię od ich relatywności prawdy, chcę jednak nauczyć się akceptacji różnorodnych dróg do jednej prawdy. Boli mnie jednak ich subiektywność, powoływanie się na często sprzeczne z doświadczeniami innych osób własne doświadczenia religijne lub quasi-religijne jako autorytatywne. Kwakierski pluralizm religijny zakłada bowiem, nawet jeśli nie intencjonalnie, że prawda jest wszędzie, że niezależnie czy uznajesz Biblię jako za natchnioną (G. Fox), czy za omylną i pozbawioną Bożego palca, widząc w niej raczej źródło napięć społecznych (S. Fisher, E. Burrough), to jest to dobre i najlepsze dla tej konkretnej osoby. I nie przeszkadza w byciu kwakrem.

Kwakryzm oceniam więc jako już u samego swego jądra oparty na błędnych założeniach. Mimo tego, gdy patrzy się na Przyjaciół wyłącznie jako na ruch społeczno-religijny zrzeszający ludzi o przeróżnych światopoglądach, który uczy cnotliwego sposobu życia i pozwala ludziom na głębsze doświadczenie siebie, innych ludzi czy Boga, to uważam, że jest to coś godnego aprobaty. A już z pewnością krzywdzące jest nazywanie tych ludzi członkami sekty.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.