Wiele razy spotkałem się z teorią, jakoby katolicyzm miał zostać wymyślony po to, aby dzięki niemu bogacić się mogło arystokratyczne duchowieństwo. Jest to oczywiście nieprawda. Ktokolwiek uczciwie zajął się katolicką teologią, ten nabiera świadomości, jak bardzo teologowie wierzyli w to, co nauczali. Wiele razy narażali się na straty finansowe, na rewolty, wojny, konflikty zbrojne i słowne, a czynili to, aby zachować czystość doktryny. Ortodoksja była zawsze na pierwszym planie. To o nią toczyły się największe spory. Tylko ortodoksyjni chrześcijanie mogli być traktowani jako rodzeństwo w wierze, pozostali to byli heretycy, traktowani niczym poganin i celnik, do którego trzeba podejść z szacunkiem, ale i dystansem, aby czasem nie zarazić się jego doktrynalnymi błędami.
Poziom skomplikowania doktryny katolickiej zapiera dech w piersiach. Całe biblioteki dokumentów papieskich i akt soborowych to nie są małe książeczki wydawane przez kwakrów albo słodko proste i klarowne publikacje Świadków Jehowy. Dzieła teologiczne, które na przestrzeni wieków były przez chrześcijan pisane, pokazują, jak ważny był każdy element tej religii. Gdyby chodziło wyłącznie o zysk, katolicyzm byłby prosty, dawał przyjemne i proste rozwiązania, a zbawienie można by sobie zakupić za kilka niedrogich odpustów. Tymczasem handlu odpustami już nie ma, źródło finansowania wyschło, a nauka o nich wciąż trwa. Niesamowite. Wielu teologów okresu Soboru Watykańskiego II liczyło na to, że Kościół wycofa się z tej nauki. Tak byłoby może wygodniej, pozbyć się kłopotliwej, nierozumianej doktryny, przekląć część średniowiecznych hierarchów i odzyskać renomę. Tymczasem Paweł VI stwierdził, że mimo oczywistych nadużyć związanych z praktyką udzielania odpustów, jest ona poprawna pod względem teologicznym tj. ortodoksyjna. Jeśli ktoś sądzi, że biskupi mający realny wpływ na kształt kościelnej nauki zważają tylko na „złoto i dolary”, jest w błędzie. Dla nich liczy się przede wszystkim czystość doktryny. To dla niej uczestnicy wczesnochrześcijańskich soborów przechodzili do rękoczynów, próbując chwytać się ostatecznych środków i siłą wymuszać przyznanie racji.
Cała koncepcja Trójcy Świętej, z punktu ekonomicznego niepotrzebna i powodująca rozłamy, jest żywym dowodem na to, że celem teologów było dojście do prawdy o Bogu. Moc katolicyzmu leży w skomplikowaniu. Gilbert Chesterton wyrażał dumę z tego, że jest wyznawcą tak naukowo wręcz złożonej doktryny, która jego zdaniem miała być jedną z wielu przesłanek ku prawdziwości jego wiary. Jeśli teologia ma zostać uznana za naukę, to teologia katolicka musi wejść przez akademickie bramy jako pierwsza, wśród gromkich oklasków i zdejmowanych kapeluszy. Chrześcijaństwo jest zawsze niemodne – powiedział Chesterton, ale jeśli to prawda, to katolicyzm i prawosławie jest ze wszystkich wyznań najbardziej nie na czasie. Prawosławie m.in. dlatego, że jest przywiązane okowami tradycji, zatrzymane poglądem o niemożliwości rozumowego dojścia do spraw, nad którymi katolicyzm zastanawia się już od dawna. Katolicyzm doskonalej pasuje do człowieka każdych czasów, bo wypełnia jego dążenia i pragnienia, potwierdza doktryny, do których człowiek nieskażony różnymi prądami filozoficznymi doszedłby sam. Lekkie i nieobciążane zbyt mocno dogmatycznie chrześcijaństwo z tradycji protestanckiej skutecznie wyłapuje aktualne potrzeby (czasem zachcianki) człowieka i na nie odpowiada, podczas gdy monolityczny katolicyzm zawsze pozostaje odrobinę z tyłu. Będzie powoli posuwał się do wyznaczonego kierunku, podczas gdy protestantyzm albo zamknie się przed prawdą niczym sekta w prostej i dziecinnej teologii, albo będzie wiecznie liberalny i postępowy, aby nie odbiegać za bardzo od modnych filozofii. Katolicyzm przeżyje swoich najzawziętszych krytyków, do których zdążył się już przyzwyczaić, tak samo, jak do beznadziejnych lub chciwych biskupów, licznych heterodoksyjnych kapłanów. Poradzi sobie w końcu – choć za późno – z aktualnym problemem duchownych o skłonnościach pedofilskich i homoseksualnych. Jeśli jakaś doktryna na tym świecie jest boska, a ja musiałbym dziś opowiedzieć się po jednej z nich, nie zastanawiałbym się długo.
Skomplikowanie katolicyzmu jest jednak niezwykle frustrujące. Wiele osób religijnych odczuwa tę boską i piekielną zarazem emocję. Pojawia się ona wtedy, kiedy przekracza się granicę infantylnej wiary, niezmąconej refleksją. Od tego momentu nasz duchowy spokój zostaje przerwany i właściwie przechodzimy tylko bez przerwy od stanu pokoju, do niezadowolenia aż po frustrację, która trwa czasem bardzo długo. Pojawiają się wtedy tendencje do uproszczania wywołującej nieprzyjemne napięcie umysłowe doktryny. Im bowiem coś jest prostsze, tym łatwiej można dojść do perfekcji i w konsekwencji do chwilowego poczucia posiadania prawdy. Tylko że prawie perfekcyjna wykastrowana teologia szybko okazuje się być w jakimś sensie niewystarczająca. Człowiek mówi sobie wtedy niczym św. Kostka „do wyższych rzeczy jestem stworzony”, wyższa teologia jest mi potrzebna. Dlatego wszyscy herezjarchowie nowych doktryn, oskubanych z nieprzydatnych pozornie katolickich dogmatów szybko staną się niemodni, szybko wykaże im się błąd, umrą może nawet po tym, jak ich myśli dawno już przestaną coś znaczyć.

Moc czy słabość?
Przeciętny człowiek chce mieć kilka prostych wskazań oraz czas i energię zaoszczędzoną na normalne życie. Jeśli więc ktoś,. np. Kościół Katolicki nadmiernie pewne sprawy komplikuje, to oczywiste jest, że ludzie będą to ignorować.
Albo tego kogoś.
Myślę, że rozwiązaniem jest zmiana podstawowego założenia:
NIE dla „dążenia do doskonałości”, w które i tak mało kto wierzy, bo wiadomo, że nikt nie jest doskonały.
TAK dla „wymagań minimalnych”, po spełnieniu których człowiek powinien mieć prawo do spokoju.
A jeśli ktoś lubi rozwiązywać skomplikowane problemy, bo takie ma hobby – jest to jego prawo, a nie obowiązek.
Pozdrawiam.